Marian Szymański

Wejście Rosjan do Horyńca w 1914 roku

Gazeta Horyniecka nr 41 i 42 / opublikowane za zgodą autora i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu lub zdjęć bez zezwolenia jest zabronione.

W pierwszych dniach sierpnia 1914 roku Rosja i Francja znalazły się w stanie wojny z Niemcami, a Austro – Węgry z Rosją, która po wkroczeniu do Galicji zajęła dużą część jej terytorium. O przebiegu wydarzeń wojennych w Horyńcu i sąsiednich miejscowościach możemy dowiedzieć się z zapisów kronikarskich o. gwardiana Kaliksta Figury.

Księża franciszkanie wydarzenia te obserwowali z bardzo wielkim zainteresowaniem, o czym świadczą zapisy: „Powoli dochodzi do potyczek naszych (Austriaków) i nieprzyjaciół na granicy w Łówczy, Narolu, Bełżcu, Uhnowie, Sokalu, Brodach itp. Czereda kozacka sypie się z zagranicy – tu i ówdzie ścierają się patrole. W Bełżcu nasi wytrzymują atak armii rosyjskiej. Moskale walą z armat – niszczą pocztę, dworzec kolejowy, budynek żandarmerii, sokolnię i urząd cłowy. Cała wieś ucieka. Wszystko to obserwowałem z pola, gdzie byłem przy zbieraniu hreczki”.

Oto następne uwagi: „8 i 9 września spostrzegamy ucieczkę wielu ludzi z Rawy przez Horyniec na zachód, w tym najwięcej Żydów. Widzimy uciekające nasze forszpany, a za nimi odwrót naszego wojska. Słyszymy strzały od strony Cieszanowa. Wojskowi nas uspakajają. Wiemy, że kłamią. Ba, dowiadujemy się, że Moskale z ogromną armią wpakowali się do Galicji Wschodniej przez Tarnopol i już zajęli Lwów, i inne miasta i wnet przyjdą do nas”.

Rosjanie do Horyńca weszli 13 września 1914 roku. Zajęli prawie wszystkie większe domy na kwatery dla kadry oficerskiej, a w stajniach i oborach dworskich umieścili szeregowych żołnierzy.

W pałacu Ponińskich usadowił się komendant garnizonu wraz ze swoim sztabem. W willi, gdzie obecnie mieści się poczta, też zamieszkali rosyjscy oficerowie:

Pan Schlender, poczmistrz, po inwazji Moskali zlikwidował pocztę, ale nadal w niej mieszkał. Budynek pocztowy nie był rządowy, ale prywatny. Mimo to, Moskale zająwszy dół dla wojska, kazali mu się wynieść. Nie pytali, gdzie będzie mieszkał i z czego będzie żył” – czytamy dalej.

Dowódcy wojsk rosyjskich upatrzyli sobie klasztor na przejściowe kwatery dla oficerów. Księża wiedzieli, że Rosjanie stanowili realne zagrożenie dla nich i ich gospodarstwa. Dzięki szczegółowym zapisom gwardiana możemy poznać rosyjskie wojsko, a nawet poszczególne sylwetki nieproszonych gości.

Z dalszych zapisów dowiadujemy się, że „Dzień 14 września przeszedł spokojnie. Dnia 15/ 9 zjechali z rana do nas kozacy, ale mieli respekt dla duchownych, dali nam spokój. Uzbrojeni w piki, czapki na głowach jakby szafliki, czerwone lampasy na spodniach. Ci sami w Horyńcu splądrowali Żydów, porozbijali im sklepy, spalili dworską gorzelnię na rozkaz naczelnego wodza. 15 września zajechał do nas furą 273 Pułk z Charkowa. Pułkownik nazywał się Zagórski, z pochodzenia Polak, ale już prawosławny, a jego adiutant Leopold Lubieniecki przedstawił się, jako Polak i katolik. Nazajutrz pan Lubieniecki zamówił sobie mszę św., której klęcząc, wysłuchał. Pułkownik, adiutant, major etc. nocowali w celi gwardiana na swoich własnych łóżkach. Telefon założyli na korytarzu. Przyjąłem ich winem i kaczką, potem sami sobie gotowali na mojej kuchni cały dzień i noc. Wyjechali 17/ 9 – wystawiłem im rachunek na 60 rubli, zapłacili uczciwie. Odetchnęliśmy, ale nie na długo, bo tego samego dnia zjechał znowu 174 Pułk Kijowski i odjechał po 3 dniach i nic nie zapłacili, dali paczkę tytoniu jakby nagrodę. 19 września zajechał inny etap rosyjski, oficer i lekarze. Przy wyjeździe wystawiłem rachunek na 20 rubli – nic nie dali – jeszcze chcieli nas spalić, ale uratował nas ksiądz prawosławny, którego z sobą mieli. I ci byli najgorsi. 26 września znowu u nas Rosjanie – tj. kapitan na szczęście Polak z Krzemieńca i 6 lekarzy. Przy wyjeździe, kapitan ofiarował konwentowi 1 rubla”.

Oficerowie rosyjscy w czasie I wojny światowej.jpg
Oficerowie rosyjscy w czasie I wojny światowej (domena publiczna)

Zdarzyło się, że Rosjanie odpłacali gościnnością za gościnność. Zaufać im jednak nie można było, o czym gwardian doskonale wiedział:

W niedzielę, 27 września po sumie / g. 9 / wpadł do nas rezerwowy oficer rosyjski – z zawodu inżynier – przywitał się, więc zaprosiłem go na łyżkę rosołu. Był z tego bardzo zadowolony. Ponieważ zamieszkał wraz z innymi dwoma oficerami w karczmie, zaprosił nas tam na kolację. Poszliśmy. Był tam koniak, kiełbasa, polędwica, jaja i pudełko kapusty z rybami. Ubawiliśmy się tam dosyć, rozmawiając po faryzejsku, jak to zwykle się mówi z Moskalami. Nazajutrz przychodzi do nas 2 sołdatów po krowę, by ją kupić. Rad nie rad, sprzedałem ją za 30 rubli, czyli za jedną trzecią ceny. Za chwilę przychodzi znowu dwóch, by kupić konia. Rozgniewany tym, ofuknąłem ich i wypędziłem. Byłem w obawie, by nas w nocy nie spalili, więc postawiłem straż”.

Aby zapobiec dalszej grabieży klasztornego majątku, gwardian postanowił spotkać się z dowództwem wojska:

„Tego samego dnia o godzinie 16, byłem się przedstawić u komendanta rosyjskiego, który rezydował w pałacu Ponińskiego, aby w jakiś sposób zabezpieczyć przed dalszą rabacją wojska paszę dla zwierząt: siano, owies, słomę i inny nasz majątek. Przyjął mnie pięknie, rozmawialiśmy o tym i o owym”

Morale Polaków służących w wojsku rosyjskim ocenia tak:„W żadnej wojnie nie walczyło przeciwko sobie tylu polskich żołnierzy. Polaków zauważaliśmy dużo, tak w wojsku liniowym / w służbie czynnej /, jak i w rezerwie. Czy to oficerowie, czy szeregowcy – z małymi wyjątkami – to już nie są nasi. Prości, niewykształceni, zdemoralizowani przez Moskali, po moskiewsku myślący i działający, ufać im wiele nie można. I nie dziwne to, jeśli ponad sto lat są w rosyjskiej niewoli”.

Ciężką pracę i niepewność jutra o. Kalikst osładzał sobie humorem: „14 października – strzelanina straszliwa dzień cały, aż uszy bolą. To był dzień moich imienin, ale jaki smutny, pracowity dla mnie jak każdy inny podczas tej nieszczęsnej wojny. Co zakopałem własnymi rękami, znowu odkopywałem i znowu zakopywałem i chowałem. Ach, czas wojny to prawdziwa udręka dla nas w tych stronach. Odczuwały to nawet zwierzęta, pies Filuś, szczeka ustawicznie całą noc – kury jak ktoś krzyknął, że Moskal idzie, to same z kurczętami uciekały do kurnika” […].

Gwardian wiedział też, co dzieje się w ościennych miejscowościach:

„Przekonałem się, jak bardzo Rosjanie nie lubią Żydów. Po bitwie pod Niemirowem padło nieco koni i zaczęły się rozkładać. Z braku robotnika, Moskale wpadli w szabas do bożnicy, zabrali Żydów, a między nimi rabina i zapędzili do kopania jam i grzebania padliny. W Rawie musieli błoto z ulic zbierać gołymi rękami Gubernator rawski, chcąc im bardziej dokuczyć, zwołał z całego powiatu wójtów i nakazał ogłosić po gminach, że targi w powiecie odbywać się będą tylko w soboty tj. w szabas żydowski”.

Bardzo interesował go przebieg wojny (przed wstąpieniem do zakonu był podoficerem w wojsku austriackim), a szczególnie położenie wojska austriackiego, któremu życzył zwycięstwa i ubolewał, gdy ponosiło straty. Obserwował pilnie jego ruchy, wiedział też, co dzieje się w horynieckim garnizonie:

„19 października nadciągnęło do Horyńca trochę żołdaków rosyjskich – starych i niedołężnych. Garnizon wzrósł do 500 ludzi. Zamieszkali we dworze, na Górce u Kuśniewskiej i u Koeniga. Zjadliwie dokuczali ludziom, bo zabierali kartofle i kobietom w domach zjadali pierogi […].    Wojska rosyjskie, konne i piesze pakują się przez Horyniec w stronę Jarosławia przez dwa tygodnie. Są to wojska sybirackie, a między nimi i Tatarzy. Ci ostatni są małego wzrostu, oczy pod kątem, nos spłaszczony, wyglądają brzydko, bardzo słaba budowa ciała. Niewiele się przydadzą w bitwach. Inne ciągnące wojsko na Jarosław to niewyleczeni maruderzy ze szpitali. Ciągną się jak dziady, krzywi, kulawi itp. Konnica to istne dziadostwo. Nie ma tam ani konia porządnego, ani rynsztunku, ani kantarki. To są już ostatnie odziały, jakie car wysyła do Galicji”.

Zdawał sobie sprawę z własnego położenia „Mam i służbę bardzo lichą, gospodyni, leń pierwszej klasy, do niczego, nic nie zrobi, innej nie mogłem znaleźć. Cały dzień się uwijać muszę za każdą drobnostką, pracuję rękami jak chłop, w ogrodzie i w polu. Przywykłem do tego. Nie jestem tu gwardianem elegancikiem, bo elegancik umarłby z głodu. Dlatego, że sam dużo pracuję, przeżywamy, jako tako tę wojnę” […].

W tutejszym dworze był niejaki M. Dullef, rządca, urodzony w Guberni Petersburskiej, a wychowany podobno tutaj w kraju. Chciał się zameldować w tutejszej gminie, ale go nie przyjęto. Przyjęła go, zatem gmina ruska w Podemszczyźnie. Na tej podstawie dano mu obywatelstwo austriackie. Wpadło mi to w oczy, dlaczego człowiek tu wychowany, liczący lat przeszło pięćdziesiąt, dopiero teraz stara się o obywatelstwo, ale nic nie mówiłem, bo mi na nim zależało. Człowiek ten był nieprzyjemny i niepewny. W chwili wybuchu wojny wyrażał się źle o Austrii i już wtedy powinien być aresztowany. Dopiero w czasie cofania się wojsk austriackich przed Rosjanami, został aresztowany, okazało się bowiem, iż był szpiegiem rosyjskim. A temu to szpiegowi, krótko patrzący dwór –  ufał. Ten szpieg żył dobrze ze starostą cieszanowskim – Krasińskim. Został aresztowany z żoną i dwoma synami. Stąd nauka, kogo się do służby przyjmuje. Nauka dla nieostrożnego starosty, nauka dla wszystkich. Dullef był przewodniczącym Szkolnej Rady i prezesem Kółka Rolniczego w Horyńcu. Nie wiecie panowie nasi, kogo do siebie przyjmujecie!!!”.

horyniec1914
Horyniec na mapie austriackiej z 1914 roku (ze zbiorów Pawła Rydzewskiego)

Handel wszelakim towarem znajdował się w rękach Żydów. Z powodu braku konkurencji Polacy i Ukraińcy byli zmuszeni kupować w ich sklepach. Franciszkanie zauważyli problem i postarali się zorganizować skuteczną pomoc. W tym celu jeszcze przed wojną, bo 14 grudnia 1913 roku założyli kółko rolnicze. Pod jego szyldem powstał sklep: „Podyktowane to było kłopotami wobec konkurencji i przekrętami ze strony Żydów. W czasie wojny kółko rolnicze przestało działać, a sklep przeniesiono do konwentu. Ponieważ ludziom brakowało: mąki, cukru, soli, zapałek, nafty i wielu innych rzeczy, postanowiliśmy je sprowadzać. Jeździłem więc do Rawy i Niemirowa, przywoziłem, co mogłem, a o. Bartłomiej handlował. Nie mieliśmy wygórowanych cen, chcieliśmy zaspokoić potrzeby ludzi”.

„Z chwilą przyjścia Rosjan, weszły w obieg ich pieniądze. Rząd podniósł 1 rubla do 3 koron i 33 halerzy austriackich. Taki kurs był jednak tylko na papierze. Żydzi w miastach liczyli rubla za 2 korony. My handlując towarem, chcieliśmy się do kursu rządowego dostosować i początkowo tak płaciliśmy za ruble, ale traciliśmy na tym. Żydzi horynieccy zazdrościli nam handlu i skarżyli na nas do komendanta, ale bez skutku. Wobec tego postanowiliśmy pobierać i wydawać pieniądze takie, jakie kto przynosił, by się nie narażać na nieprzyjemności”.

Mija dokładnie sto lat od wybuchu pierwszej wojny światowej. Jej przebieg w Horyńcu nie został udokumentowany przez historyków. Jednak dzięki tym skromnym i fragmentarycznym zapisom kronikarskim, możemy poznać warunki życia mieszkańców i traktowanie ich przez wojska rosyjskie. Na szczególne uznanie zasługuje heroiczna postawa o. Kaliksta Figury, który ochraniał nie tylko klasztor, ale pomagał też swoim parafianom przetrwać ten tak bardzo trudny, wojenny czas.

Stan wojenny narzucał franciszkanom nowe obowiązki, które jako kapłani musieli spełniać:

„15 listopada pogrzebałem austriackiego jeńca, który po przejściu do niewoli, zmarł w nocy w tutejszym dworze. Komendant rosyjski posłał po mnie, prosząc, bym mu oddał ostatnią przysługę. Ubrawszy się w komżę i czarną stułę, pospieszyłem na cmentarz. Przywieziono nieboszczyka w wielkiej trumnie zbitej z prostych desek. Oddział wojsk rosyjskich na czele z oficerem towarzyszył pogrzebowi. Po cichym pokropieniu zwłok złożono je do grobu. Zmarły nazywał się Antoni Truka Czech, urodzony w 1891 roku w powiecie Kuttenberg. Na drugi dzień, komendant podał mi kartę legitymacyjną zmarłego, którą wlepiłem do metryki zmarłych w Horyńcu. Dałem również powiadomienie aktu odbytego pogrzebu do komendy rosyjskiej w Horyńcu”.

A oto dalsze spostrzeżenia: „27 i 28 listopada po południu poszedłem w Horyńca do sklepiku rosyjskiego po tytoń, mydło, naftę, cykorię i inne potrzebne rzeczy. Były to artykuły zrabowane w kraju, a potem w dwójnasób lub drożej sprzedawane tutejszym mieszkańcom. Przy tej sposobności zobaczyłem około trzystu jeńców austriackich, przypędzonych od Jarosławia i Radymna. Przykro mi się zrobiło na ich widok, wychudli, czarni, nieogoleni, słabi, kilku rannych. Obrzydzenie i wstręt mnie wziął ku nim, gdym się dowiedział, że to Czesi i Słowacy, którzy się mieli dobrowolnie poddać z sympatii do Rosji”.

Prawdziwy podziw wzbudza gwardian, gdy opisuje pogodę: „Piękna była jesień tego krwawego i strasznego 1914 roku. Może dwa tygodnie trwała zima ze śniegiem w listopadzie. Grudzień przepiękny i dopiero 17 oziębiło się nieco i deszcz zaczął padać. 18 i 19 słyszymy w dzień i w noc bombardowanie twierdzy przemyskiej. Tego samego dnia otrzymujemy pocztę ze Lwowa, w której czytamy o samych zwycięstwach Rosjan i klęskach Austriaków. Blaga! Przyszły święta Bożego Narodzenia – ale jakie smutne. Śnieg opadł nieco i pokrył białością ziemię. Odprawiwszy pasterkę, pojechałem do Brusna, by tam dla ludzi odprawić dwie mszę święte, ochrzciłem dwoje dzieci i pobłogosławiłem 80 kobiet po porodzie, zaopatrzyłem jednego chorego i z bólem głowy przyjechałem do domu. Podczas świąt słyszeliśmy strzały armatnie na południu, ale trudno było odgadnąć czyje”.

Zdarzały się ucieczki żołnierzy austriackich wziętych do niewoli rosyjskiej. Byli oni skazani tylko na pomoc tutejszej ludności, a i ta zachowywała się różnie. Gwardian odnotował, że mieszkaniec Wólki Horynieckiej złapał austriackiego jeńca i oddał go w ręce Rosjanom.

Odchodzący w ramach zmian kadrowych w lutym 1915 roku, komendant horynieckiego garnizonu postanowił w cerkwiach opuszczonych przez księży greckokatolickich, powołać nowych proboszczów prawosławnych:

„W tych dniach, komendant rosyjski litując się nad Rusinami w Werchracie, chciał dać prawosławnego księdza rosyjskiego na proboszcza, (bowiem ksiądz unicki uciekł przed wojną, posada zatem wakowała) W tym celu przyjechał z księdzem prawosławnym i przedstawił go wójtowi i radnym, w ten sposób osadzając go na probostwie. Wójt jednak sprzeciwił się temu, mówiąc: Ani Rosja, ani Austria wojny nie wygrały, a w gminie rządzę ja. I księdza tego nie przyjmuję. Kiedy zaś dwóch radnych, moskalofilów opowiedziało się za księdzem prawosławnym, wójt mocno ich skarcił – bijąc ich po pysku. Odpowiedział, że na msze będą Ukraińcy jeździć do Rawy i Potylicza. Zawstydzony komendant odwiózł księdza do Rawy. Cześć wójtowi za ochronę wiary katolickiej przed schizmą, czyli prawosławiem”.

Do Dziewięcierza, próbował wrócić ks. greckokatolicki, który również, jak wielu innych, uciekł na początku wojny, pozostawiając parafian samych, lecz komendant garnizonu nie pozwolił mu objąć probostwa. Rosjanom bardzo zależało na obsadzeniu unickich parafii prawosławnymi księżmi, bowiem byli oni jedynymi przedstawicielami wiejskiej inteligencji, która mogłaby wpływać na kształtowanie świadomości chłopów, przekonując ich do polityki cara wobec mieszkańców Wschodniej Galicji.

Gwardian Horyniecki nie dowierzał księdzu unickiemu w Radrużu, podejrzewając go o współpracę z komendantem garnizonu, stacjonującym w Pałacu Ponińskich:

„Odjeżdżający komendant w randze majora, to syn księdza prawosławnego rosyjskiego i jak żaden dotąd, tak on, rozumiejąc się nieco na kwestiach religijnych, podjął wobec mnie kwestię następującą: Ks. Michał Steczyszyn – proboszcz unicki w Horyńcu –  zniknął przed wojną, opuściwszy swoją parafię, a tak naprawdę oddał mi ją pod opiekę. Więc funkcje duchowne jak chrzty, zaopatrywanie chorych, pogrzeby itp., spełnialiśmy my. Wpadło to w oko temu komendantowi i zwrócił mi uwagę, mówiąc, że Rusinów ja obsługiwać nie mogę tylko ksiądz greckokatolicki. Skoro nie ma księdza ruskiego to sąsiedni ksiądz Bazyli Wołoszyński z Radruża, powinien się zająć tutejszą parafią ruską. Ubodło mnie to bardzo i z obawy przed aresztowaniem, miałem Rusinom ogłosić, by się wcale do nas w potrzebach duchownych nie udawali. Wtem zgłaszają nam zmarłego, prosząc o pogrzeb. Odpowiedziałem, że muszę mieć zgodę komendanta. Poszedłem do niego. Rzekł, że nie będzie miał nic przeciwko, jeśli ks. Wołoszyński zgodzi się. Ks. Wołoszyński przyjechał na omówioną godzinę ze mną i komendantem i stanęło na tym, że ja mam nadal obsługiwać parafian ruskich. Na tej podstawie, 27 lutego pogrzebałem Iwana Szyjaka z Rudy”.

Komendant garnizonu nie zrezygnował, łatwo ze swojej misji:

„Wójt z Nowin, opowiadał mi, że wójt z Brusna żalił się na ks. Wołoszyńskiego, który odprawia u nich nabożeństwo po moskiewsku. Powiedział, że zwróci się do franciszkanów z prośbą, aby odprawiali msze św. w bruśnieńskiej cerkwi. Rzeczywiście, też nasze własne spostrzeżenia świadczą o moskalofilstwie ks. Wołoszyńskiego i wynikają z bardzo częstych jego kontaktów z komendantem”.

Podejrzenia mogłyby być prawdziwe o tyle, iż ks. Wołoszyński, jako jedyny greckokatolicki duchowny, nie uciekł przed Rosjanami w czerwcu 1914 roku pozostając na probostwie w Radrużu

Żołnierze rosyjscy nawiązywali kontakty z miejscowymi Ukraińcami i przypominali im, że nie mają swoich księży, gdyż wielu zostało osadzonych w więzieniach przez rząd austriacki np. ks. Łomnicki z Hrebennego. To wywoływało u Ukraińców nienawiść i zazdrość do Polaków i miejscowych franciszkanów, którzy pozostali, bo nie czuli się zagrożeni.

Jednak udało się komendantowi garnizonu sprowadzić księdza prawosławnego do cerkwi w Horyńcu. Stało się to w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, wedle obrządku wschodniego, czyli 7 stycznia 1915 r. Nie wszyscy Ukraińcy wzięli udział w tej mszy świętej, podczas której nawoływał on unitów do przejścia na prawosławie. W marcu zapewne umieszczono by prawosławnego księdza w Horyńcu, gdyż Ukraińcy doszli do wniosku, że jest im wszystko jedno, który ksiądz będzie sprawował nad nimi duchowną opiekę. Ale plebania, w której mieszkał proboszcz Steczyszyn była zniszczona, ksiądz prawosławny „rosyjski” nie objął więc greckokatolickiej parafii, bo nie miał mieszkania.

Rosja nie rezygnowała łatwo z zamiaru wprowadzenia prawosławia wśród Ukraińców. Aby cel osiągnąć, angażowała terenową władzę administracyjną:

„Wieść niesie, że rząd rosyjski przeznaczył swoich prawosławnych księży do Galicji. Mają oni obejmować posady w tych parafiach ruskich (unickich), w których księża ukraińscy uciekli i w tych, z których rząd austriacki ich wywiózł do obozów. Naczelnicy powiatu w Lubaczowie i Rawie posyłali księży prawosławnych do cerkwi. Jeśli ludzie ich przyjęli, uczestnicząc w nabożeństwach to dobrze, jeśli się w cerkwi nie pokazali, to obrażony ksiądz opuszczał wieś. Prawosławnych księży nie przyjęli w Lublińcu, Werchracie i Dziewięcierzu”.  

Łatwo zauważyć, że Rosjan nie interesowała praca duszpasterska o. Figury wśród wiernych obrządku łacińskiego. Starali się bowiem, rozszerzyć prawosławie w Cerkwi unickiej.

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne tekstu oraz zdjęć bez pisemnej zgody wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.