Janusz Mazur

Trzy cerkwie

Gazeta Horyniecka nr 48 / opublikowane za zgodą autora i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu bez zezwolenia jest zabronione.

Z pobytem św. Brata Alberta (Adama Chmielowskiego) na terenie współczesnej gminy Horyniec-Zdrój wiąże się ciekawy problem jego stosunku do Kościoła obrządku wschodniego i jego wyznawców, czyli Rusinów (obecnie Ukraińców). Werchrata (Monastyr), Bruno Stare i Prusie, gdzie istniały pustelnie albertyńskie, były bowiem w końcu XIX wieku wsiami zamieszkałymi w znacznej części przez społeczność rusińską, związaną z konfesją greckokatolicką (unicką). Istniejące na terenie tych osad cerkwie, jako główne ośrodki życia religijnego, ze swej natury były też w obrębie zainteresowania Brata Alberta.

Jakkolwiek był on przede wszystkim „Ojcem ubogich” i służył wszystkim potrzebującym niezależnie od wyznawanej religii, to jednak w jego życiu wyraźnie widoczne są liczne odniesienia do Kościoła wschodniego. Wydaje się, że właśnie podczas pobytów na Roztoczu, w pełni objawiło się dążenie św. Brata Alberta do budowy ściślejszych relacji między obydwoma obrządkami Kościoła katolickiego – rzymskokatolickim i greckokatolickim, a nawet do obrony tego ostatniego przed wpływami prawosławia rosyjskiego.

Z trudnymi relacjami między konfesjami chrześcijańskimi Adam Chmielowski zetknął się już za pośrednictwem swych rodziców, którzy pochodzili z Kresów – matka z Podlasia, a ojciec z Wołynia. Jako obywatel rosyjski dość wcześnie miał kontakt z prawosławiem, które na terenie zaboru rosyjskiego posiadało silny kontekst polityczny i w związku z tym wykazywało w końcu XIX wieku dużą ekspansywność. Tendencje te przybrały na sile w okresie po upadku powstania styczniowego, w którym młody Adam wziął udział. Prawosławie stało się wówczas jednym z elementów rusyfikacji. W relacjach międzyludzkich nie miało to jednak takiego znaczenia. Życie ciężko rannemu Adamowi uratował bowiem rosyjski, prawosławny lekarz.

Kiedy jako młody malarz coraz bardziej zaczął kierować się w swej twórczości artystycznej zasadami chrześcijańskimi, przybył na teren zaboru austriackiego. We wschodniej Galicji Chmielowski zetknął się z Cerkwią greckokatolicką, jako częścią Kościoła katolickiego. Z pewnością musiał dostrzec różnicę pomiędzy rosyjskim prawosławiem, a galicyjskimi unitami. Jako rzymski katolik mógł swobodnie uczestniczyć w liturgii greckokatolickiej i chłonąć niezwykłą atmosferę świątyń. To właśnie przy niezachowanej do dziś cerkwi św. Ducha we Lwowie, w 1879 roku zaczął malować swój sztandarowy obraz Chrystusa „Ecce Homo”. Praca nad tym dziełem przyczyniła się do jego przemiany duchowej.

Początkowo wiązała się ona z próbą wstąpienia do jezuitów, która jednak skończyła się dla Adama Chmielowskiego niepowodzeniem i ciężką chorobą. Do zdrowia dochodził na Podolu, pozostającym w granicach carskiej Rosji. Tam też przystąpił do III Zakonu św. Franciszka i jako świecki tercjarz na początku lat 80. XIX wieku rozpoczął działalność ewangelizacyjną wśród mieszanej polsko-ruskiej społeczności. W odróżnieniu od sąsiedniego zaboru austriackiego Rusini na Podolu należeli już w tym czasie do Cerkwi prawosławnej. Unia na tym terenie została bowiem zlikwidowana przez Rosjan na przełomie XVIII i XIX wieku. Adam Chmielowski musiał mieć świadomość tego faktu, tym bardziej, że na początku lat 80. XIX wieku stale głośna była jeszcze sprawa dokonanej w 1875 roku likwidacji unickiej diecezji chełmskiej.

Zniszczenie przez władze carskie ostatniej tego typu jednostki w granicach dawnej Rzeczypospolitej, dokonane było w atmosferze ostrych represji wobec opornych, głównie na Podlasiu. W efekcie tych działań część dawnych unitów zamiast prawosławia wolało przejść do Kościoła rzymskokatolickiego. Najbardziej prześladowani unici podlascy schronili się na terenie Galicji. Fakt ten miał duże znaczenie dla dalszej działalności samego Adama Chmielowskiego, który po opuszczeniu Podola, osiadł w Krakowie. Idee franciszkańskie połączone z wrażliwością społeczną doprowadziły go do świadomego porzucenia malarstwa i wyboru posługi najuboższym. Po symbolicznej zmianie imienia, już jako Brat Albert, rozpoczął w 1887 roku pracę w miejskich przytuliskach, zyskując w ciągu kilku kolejnych lat wielu naśladowców. W pierwszych szeregach nowo powstałego zgromadzenia Albertynów i Albertynek byli m. in. właśnie unici – uciekinierzy z Podlasia.

W tym momencie ślady albertyńskie prowadzą na Roztocze. W 1891 roku, we wspomnianych na wstępie miejscowościach, powstały niewielkie albertyńskie „klasztorki pustelnicze”. Ich celem była właściwa formacja kandydatów do nowego zgromadzenia i stworzenie warunków do odpoczynku tym braciom i siostrom, którzy już podjęli trud służby w miejskich przytuliskach. Pierwszymi przełożonymi i organizatorami zarówno męskiego (w Monastyrze), jak i żeńskiego domu pustelniczego (w Bruśnie Starym, a następnie w Prusiu) byli dawni unici z Podlasia. W Monastyrze był to brat Bernard (Bazyli Daniluk), a w Bruśnie Starym siostra Franciszka (Anna Lubańska z d. Parafiniuk), unitka z Białej Podlaskiej, sanitariuszka w okresie powstania styczniowego, gorliwa działaczka społeczna i religijna. To właśnie ona zapoczątkowała żeńską gałąź zgromadzenia albertyńskiego, przyciągając do niego z zaboru rosyjskiego aż kilkanaście kolejnych kandydatek. Była też pierwszą „Siostrą Starszą” nad albertynkami, a tym samym poprzedniczką bł. siostry Bernardyny Jabłońskiej wywodzącej się z Pizunów pod Narolem.

werchrata.jpg
Cerkiew monastyrska na mapie katastralnej z 1845 r.  (oprac. Paweł Rydzewski)

Objęcie kierownictwa nad pustelniami roztoczańskimi przez byłych unitów było efektem rozwoju nowego zgromadzenia, którego radykalizm pociągnął za sobą pełnych gorliwości chrześcijańskiej uchodźców z Podlasia. Ale też Brat Albert widział w tym dodatkowy cel, jakim była misja ewangelizacyjna wśród zaniedbanych duchowo miejscowych unitów galicyjskich. Parafia werchracka liczyła w końcu XIX wieku ponad 3000 wiernych, nad którymi opiekę duszpasterską sprawował sędziwy już wówczas proboszcz greckokatolicki ks. Wasyl Pleszkiewicz. Nie był on w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb duchowych swych parafian, stąd też albertyni i albertynki przebywający w swych pustelniach niemal automatycznie włączyli się do pomocy duszpasterskiej.

Ks. Pleszkiewicz pozostawił braciom z Monastyru klucz do położonej w pobliżu cerkiewki pobazyliańskiej, w której adorowali najświętszy sakrament i odprawiali nabożeństwa majowe, a w październiku różańcowe. W modlitwach licznie uczestniczyli miejscowi unici, których ponadto albertyni uczyli katechizmu i żywotów świętych. Brat Bernard w oparciu o swe doświadczenia uświadamiał werchrackich greckokatolików o wartościach katolicyzmu i jego odmienności od prawosławia. Również albertynki z Prusia prowadziły katechizację miejscowych dzieci, a siostra Franciszka z powodzeniem pomagała mieszkańcom dzięki znajomości ziołolecznictwa.

1.jpg
Cerkiew pobazyliańskia w Monastyrze, ok. 1680 r., fot. przed 1950 r

Z czasem bracia i siostry ze zgromadzenia albertyńskiego bardzo zżyli się z lokalną społecznością rusińską. Zbliżeniu temu patronował sam Brat Albert, a nawet zaangażował do tego rodzinę miejscowego właściciela ziemskiego i swego przyjaciela – hrabiego Ludwika Dębickiego, który udostępnił albertynom odpowiednie tereny i zabudowania pod pustelnie. Najbardziej spektakularnym przykładem owego zbliżenia ponad różnicami wyznania było wspólne uczestnictwo w liturgii greckokatolickiej odprawianej co niedzielę w kolejnych trzech miejscowych cerkwiach: parafialnej w Werchracie i filialnych w Prusiu i Monastyrze. Bracia i siostry – dając osobisty przykład – razem w włościanami szli do świątyni piechotą. Dołączała do nich cała rodzina Dębickich – rodzice z siedmiorgiem dzieci. To właśnie siostrom Dębickim: Elżbiecie i Celinie zawdzięczamy przekazanie tej niezwykle ciekawej informacji o wspólnych, niedzielnych nabożeństwach eucharystycznych w cerkwiach. Widok Brata Alberta w cerkwi, modlącego się przed ikonostasem, zasłuchanego w modlitwy i śpiewy cerkiewne, musiał być niezwykły.

Było to celowe działanie Brata Alberta, który chciał poprzez dowartościowanie unitów galicyjskich, podkreślić jedność obydwu obrządków w Kościele Katolickim, a przy tym umocnić jedność Polaków i Rusinów oraz ich pokojowe współistnienie na płaszczyźnie wartości chrześcijańskich.

Niejako przy okazji można było też uniknąć dwóch skrajności, które na przełomie XIX i XX wieku zaznaczyły się w społeczności ruskiej w Galicji. Z jednej strony, po wspomnianej wcześniej likwidacji unii w granicach Rosji, rozpoczął się okres silnego naporu prawosławia na teren zaboru austriackiego. Podatny grunt ku temu istniał w grupie tzw. moskalofilów, czyli tych spośród Rusinów, którzy dążyli do zbliżenia z kulturą rosyjską, a tym samym z wyznaniem prawosławnym. Drugim biegunem niebezpiecznych tendencji tych czasów był ruch narodowy, rodzący się w opozycji zarówno do Rosji, jak i do Polski. Także w Werchracie miały miejsce „agitacje ukraińskie” przeciw „Lachom”, które spotkały się jednak ze sprzeciwem miejscowych Rusinów. Oparli się oni również wpływom prawosławia, co uwidoczniło się w okresie I wojny. Gdy okupacyjne władze rosyjskie chciały osadzić w cerkwi werchrackiej prawosławnego kapłana, wówczas ludność „żywym murem” otoczyła świątynię i nie dopuściła do jej zajęcia. Postawa taka była niewątpliwie plonem kilkunastoletniej obecności albertynów.

Nie ograniczali się oni przy tym do działalności na rzecz lokalnej społeczności, ale widzieli potrzeby misyjne również na terenie sąsiedniego zaboru rosyjskiego. Celem było pozyskanie „dusz uwięzionych przez prawosławie”, czyli ratowanie katolicyzmu, zagrożonego przez likwidację unickiej diecezji chełmskiej. Służyły temu misje podejmowane przez jezuitów z Galicji na terenie Podlasia. Były to trudne działania, często odbywane w warunkach konspiracyjnych. Brat Albert popierał te wysiłki, czego wyrazem była obecność w Werchracie jezuity ks. Henryka Pydynkowskiego, kierownika duchowego albertynów i misjonarza na terenie Podlasia.

2.jpg
Cerkiew parafialna w Werchracie, 1 tercja XVII w., fot. początek. XX w.

Działania jezuitów były też zbieżne z ówczesnymi poglądami późniejszego greckokatolickiego metropolity lwowskiego abpa Andrzeja Szeptyckiego, bliskiego znajomego Brata Alberta z początków jego działalności w Krakowie. Szeptycki około roku 1893-1894, jeszcze jako bazylianin, prowadził ze współbraćmi misje w parafii werchrackiej i był gościem w pustelni na Monastyrze. Podczas prowadzonych wówczas rozmów z Bratem Albertem, myślał również o działalności misyjnej wśród prawosławnych na terenie Rosji. W późniejszym okresie abp Szeptycki zmienił swoje stanowisko, popierając ruch narodowy, często o skrajnie nacjonalistycznym charakterze, co stawia jego postać w dwuznacznym świetle. Do końca życia cenił sobie jednak Brata Alberta. W swych wspomnieniach, spisanych w latach 30. XX wieku, w wymownych słowach scharakteryzował jego postawę wobec Rusinów: „W otoczeniu, w którem [sic!] wzrastał uchodziło wszystko co ukraińskie, ruskie za coś idealnego, ciekawego, pięknego i chwalebnego; stąd może zachował Brat Albert bardzo szczerą życzliwość dla bratniego ukraińskiego narodu, choć nigdy nie interesowały Go żadne sprawy polityczne i nawet zdaje się, najmniejszego zmysłu do polityki nie miał”.

Pamiątką, po tej pełnej życzliwości postawie św. Brata Alberta wobec społeczności Rusińskiej, były owe trzy cerkwie, które z całą pewnością nawiedził. Z nich do chwili obecnej przetrwały dwie: parafialna w Werchracie i filialna w Prusiu. Nie zachowała się cenna, siedemnastowieczna świątynia na wzgórzu monastyrskim. Równie stara była pierwotna drewniana cerkiew parafialna w Werchracie, zastąpiona w 1910 roku przez obecną murowaną budowlę. Brat Albert musiał przebywać jeszcze w tej poprzedniej cerkwi i obserwował budowę obecnie istniejącej, w której też mógł się modlić (ostatnie wzmianki o pobycie Brata Alberta w okolicach Werchraty pochodzą z lat 1910-1911). Trzecią cerkwią jest wzniesiona w 1887 roku, a więc tuż przed przybyciem Brata Alberta na Roztocze, niewielka cerkiewka w Prusiu. Ta urocza drewniana świątynia położona jest obecnie na uboczu szlaku albertyńskiego i wydaje się nieco zapomniana w kontekście pobytu „Ojca ubogich”.

4.JPG
Dawna cerkiew filialna w Prusiu, ob. kaplica filialna 1887 r., fot. 2017  (fot. Janusz Mazur)

Poza tymi trzema świątyniami, na zasadzie analogii, można doszukiwać się jeszcze śladów św. Brata Alberta w niezachowanej cerkwi w Bruśnie Starym i w kaplicy w lesie na Buczynie, pod werchrackimi Mrzygłodami. W tej pierwszej mógł przebywać podczas odwiedzin pustelni sióstr albertynek, ulokowanej na folwarku bruśnieńskim. W drugiej świątyni jego obecność mogła być związana ze znaczną popularnością kaplicy na Buczynie, jako miejsca objawień maryjnych. Niestety w odróżnieniu od trzech wcześniej wymienionych cerkwi, obecności św. Brata Alberta w tych dwóch świątyniach unickich, jak na razie nie można jednoznacznie potwierdzić w relacjach źródłowych.

Podążając szlakami albertyńskimi na Roztoczu, do czego zachęca nas trwający Rok św. Brata Alberta, możemy na nowo odkryć bliskie mu dawne cerkwie, a także miejsca po tych świątyniach unickich, które nie przetrwały do naszych czasów. To, że największy Święty związany z Roztoczem przebywał w nich i modlił się, nadaje tym świątyniom głębszego znaczenia.

 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.