Barbara Zegarlicka – Grygiel

Nie bój się swoich marzeń, czyli życie kołem się toczy… po torach kolejowych

Gazeta Horyniecka nr 48 / opublikowane za zgodą autorki i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu lub zdjęć bez zezwolenia jest zabronione.

Kiedy byłam dzieckiem, marzyłam o tym, żeby zostać astronomem. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, że pewnego dnia zostanę kolejarzem i na dodatek przyjdzie mi kiedyś sypać węgiel do… paleniska parowozu. Choć już kilka lat minęło, odkąd się wyprowadziłam z domu rodzinnego w Wólce Horynieckiej, to wciąż czuję się związana z ziemią horyniecką i dlatego chcę opowiedzieć Czytelnikom swoją historię – o tym, iż warto mieć pasję, która sprawia mnóstwo radości. Ale zacznijmy od początku…

DSC05428.jpg
Autoportret podczas przygotowywania parowozu TKh05353 do pociągu retro, lokomotywownia Wrocław Główny (fot. Ryszard Boduszek)

Moja przygoda z koleją zaczęła się dzięki linii nr 101 Munina – Hrebenne. Czasem w ciepłe dni po szkole szłam na stację w Horyńcu, żeby popatrzeć na pociągi (głównie szynobusy, acz niekiedy pojawiał się też jakiś towarowy). Innym razem jechałam rowerkiem z domu rodzinnego na przejazd kolejowo – drogowy na Papierni, gdzie oczekiwałam pociągu jadącego do Jarosławia. Po skończeniu gimnazjum w Horyńcu (2007r.) postanowiłam pójść do liceum w Lubaczowie na profil matematyczno-fizyczny. Wybór takiego kierunku otworzył mi po maturze możliwość rozpoczęcia studiów (2010r.) na Politechnice Wrocławskiej (kierunek transport na wydziale mechanicznym). Dlaczego mój wybór padł akurat na Wrocław? Tutaj mieszkał i pracował mój obecny mąż – Przemek. Sporo się dowiedziałam na studiach o różnego rodzaju środkach transportu, jednak kolejowy był najbliższy memu sercu. Postanowiłam pójść w tym kierunku i udało mi się załatwić praktyki studenckie u zarządcy infrastruktury PKP PLK w Zakładzie Linii Kolejowych we Wrocławiu (2012), dzięki czemu mogłam obejrzeć system „od wewnątrz”.

DSC_5136a.jpg
Załączanie prądnicy parowozu TKh05353, Chabówka (fot. Ryszard Boduszek)

Pewnego dnia mąż poprosił mnie, żebym załatwiła jakąś sprawę w jego dziekanacie. Czekałam w kolejce, czytając książkę o sterowaniu ruchem kolejowym. Nagle zaczepił mnie młody chłopak, Michał, który jest członkiem Klubu Sympatyków Kolei we Wrocławiu. Po krótkiej rozmowie zaprosił mnie do lokomotywowni Wrocław Główny, gdzie jest zgromadzony zabytkowy tabor KSK. Od razu mi się spodobało to miejsce. Był początek 2013 r. Wolne chwile przeznaczałam na wolontariat w KSK, ucząc się od specjalistów budowy taboru kolejowego.

Na spotkanie, które zmieniło moje życie, musiałam jeszcze trochę poczekać. Jesienią 2013 r. od naszych przyjaciół z Pyskowic przyjechał o własnych siłach parowóz Ty42-24. Było to moje pierwsze spotkanie z taką maszyną i od razu się w niej zakochałam. Wtedy też w głowie pojawiła mi się myśl, że gdyby była okazja, chętnie zrobiłabym uprawnienia do obsługi lokomotyw parowych. Na spełnienie marzenia musiałam poczekać parę lat. W październiku 2015 r. zorganizowaliśmy w Klubie kurs palacza kotłów parowozowych (w którym uczestniczyło 15 osób) pod okiem doświadczonych ludzi. Praktykę zdobywaliśmy na naszym jedynym czynnym parowozie TKh05353. W końcu przyszedł dzień egzaminu (13.05.2016), który przeprowadzili panowie z Transportowego Dozoru Technicznego. Byli mocno zdziwieni tym,  iż do egzaminu oprócz mnie przystąpiła także koleżanka z Górnego Śląska. Jeszcze nigdy nie egzaminowali kobiet i raczej byli przekonani, że to wyłącznie męskie zajęcie. Zdobycie uprawnień nie było trudne, gdyż ferrumkę (potoczna nazwa parowozu serii TKh) znam jak własną kieszeń. W prezencie za pozytywnie zdany egzamin od mojego kierownika dostałam furażerkę (czapka, którą kiedyś nosiły konduktorki), co mnie mile zaskoczyło.

Trzeba wiedzieć, że dla mnie kolej to nie tylko pasja, ale także praca. Na co dzień pracuję w Kolejach Dolnośląskich jako konstruktor rozkładów jazdy. Natomiast w weekendy jestem konduktorką w pociągach KD, gdzie sprawdzam bilety. W wolnych chwilach sypię węgiel do paleniska i dolewam wody do kotła w pociągach parowych uruchamianych przez KSK. Myli się jednak ten, kto myśli, że to taka prosta sprawa.

Trzeba wiedzieć, że profesja palacza jest ciężką pracą fizyczną. Zanim się wyruszy w trasę czynnym parowozem, trzeba go przygotować. W pierwszej kolejności należy zawodować skrzynie wodne (Są to zbiorniki umieszczone na parowozie, do których wlewa się wodę. Dziś za pomocą wężów strażackich, a kiedyś przy użyciu żurawi na stacjach kolejowych; systemem rur woda jest zaciągana do kotła mieszczącego 5 tys. litrów) parowozu. Następnym krokiem jest proces rozpalania parowozu, który w przypadku ferrumki trwa ok. 6 h. Gotująca się w kotle woda powoli zamienia się w parę, która przy odpowiednim ciśnieniu roboczym zasila wszystkie urządzenia i porusza silniki, wprawiając maszynę w ruch. Nie można zbyt szybko wytwarzać pary w kotle, ponieważ może to doprowadzić do uszkodzenia blach. W międzyczasie należy wrzucić węgiel do skrzyni węglowej (2 t) oraz nasmarować elementy podwozia (tj. ślizgowe panewki osiowe i wiązarowe). To nie koniec pracy palacza – podczas jazdy pociągami retro trzeba ciągle uzupełniać węgiel w tych miejscach paleniska, gdzie się wypalił oraz zasilać wodą kocioł. Na wyparowanie 1 t wody potrzeba ok. 300 kg węgla.

DSC_4934
Obsługa zaworu inżektora parowozu Ty42-24, celem dolania wody do kotła, Jaworzyna Śląska (fot. Ryszard Boduszek)

Parowóz to nie zabawka, mam do pary ogromny szacunek ze względu na wiążące się z tym niebezpieczeństwo. Wystarczy nieuwaga czy rozkojarzenie i tragedia gotowa. Jeśli poziom wody w kotle spadnie poniżej dopuszczalnego, może dojść do wyżarzenia, wydęcia blach, a w ekstremalnych przypadkach nawet do wybuchu. Kiedy uczyłam się do egzaminu kotłowego, analizowałam różne wypadki prowadzące do takich zdarzeń. Przestrzegali nas przed tym także nasi instruktorzy. Innym niebezpieczeństwem jest stosunkowo łatwa możliwość poparzenia się i … przeziębienia się zimą, pomimo bliskości rozgrzanego paleniska. Dzieje się tak, ponieważ –  kiedy parowóz jedzie tyłem do przodu, wlatuje do niego mroźne powietrze.

Bycie jedyną kobietą w Klubie Sympatyków Kolei we Wrocławiu ma też inne plusy. Mianowicie moje imię otrzymał nasz najnowszy nabytek – parowóz TKt48-146, który kupiliśmy w kwietniu tego roku. Zamierzamy przeprowadzić jego naprawę główną (koszt rzędu 350 000 – 1 000 000 zł), dzięki czemu wróci do eksploatacji i będzie mógł wozić turystów po dolnośląskich liniach kolejowych czy uczestniczyć w krajowych paradach parowozów.

DSC04120.jpg
Smarowanie ślizgowych panewek osiowych i wiązarowych parowozu Ty42-24, Syców (fot. Ryszard Boduszek)

Starsze pokolenie na pewno pamięta parowozy, bo prowadziły pociągi aż do maja 1991 r. po linii nr 101. Jednak moje i młodsze pokolenia nie miały okazji podróżować pociągami ciągniętymi przez takie maszyny. Dzięki szeregowi wielu zdarzeń mogłam zakochać się w nich i tym samym zyskać wspaniałe hobby.

Swoją historię adresuję przede wszystkim do młodzieży w wieku gimnazjalnym, gdyż właśnie w tym momencie stoją przed wyborem, jakiego ja kiedyś musiałam dokonać – kim być w przyszłości. Zachęcam wszystkich do tego, żeby mieć marzenia i nie bać się ich realizacji. Minęło 12 lat odkąd przesiadywałam na dworcu w Horyńcu. Dziś mam uprawnienia palacza kotłów parowozowych, zarządzam rozkładami jazdy w jednej z największych kolejowych spółek i z radością noszę mundur pracownika kolei. Nie ważne, czy w Horyńcu nocą oglądasz gwiazdy, czy za dnia pociągi – jeśli uwierzysz w swoje marzenia, możesz robić co tylko chcesz.

 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.