Krzysztof Woźny

Potok Glinianiec

Gazeta Horyniecka nr 45 / opublikowane za zgodą autora i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu lub zdjęć bez zezwolenia jest zabronione.

Spacerując po zrewitalizowanym horynieckim parku można zauważyć kuracjuszy i turystów zaciekawionych i podziwiających przepływający przez park potok. Uroku dodają mu dwa sztuczne progi, które wyglądają jak małe wodospady. Szczególnie malowniczo rzeczka ta komponuje się z jesiennym krajobrazem otaczających ją drzew i roślin. To wdzięczny obiekt dla fotografów, którzy coraz częściej właśnie tu zapraszają nowożeńców na sesje ślubne, czy rodzinne.  Dla większości odwiedzających to bezimienny ciek, ale dla mieszkańców Horyńca od zawsze znany jako Glinianiec – rzeczka, która kojarzy się ze szczęśliwym dzieciństwem.

Prog na Gliniancu w Parku Zdrojowym.jpg
Próg na Gliniańcu w Parku Zdrojowym (fot. Krzysztof Woźny)

To właśnie nad Gliniańcem dzieci i młodzież spędzały wakacje. Najlepszym sposobem na spotkanie towarzyskie było „pójście nad rzekę”. Popularne było budowanie prowizorycznych tam, tzw. zastaw z desek i derniaków, wykorzystując m.in. sztuczne progi na rzece. W ten sposób niewielki strumyk w ciągu kilkudziesięciu minut stawał się głębokim kąpieliskiem. Wielu mieszkańców właśnie w Gliniańcu nauczyło się pływać. Pływało się także na dostępnym „sprzęcie wodnym”: dętkach z ciągników, materacach, wanienkach, baliach. Najodważniejsi skakali „na główkę” z kładki w nurt rzeki. Problemem była tylko temperatura wody, która nawet podczas największych upałów była bardzo niska. Najlepszym miejscem do robienia zastaw była „Namuła” na odcinku od parku, aż do końca Sioła. Brak drzew i dobre nasłonecznienie sprawiały, że woda nagrzewała się tu szybciej. Dodatkowo tuż przy rzece znajdowało się boisko, na którym grało się w piłkę lub siatkówkę, by dzięki temu trochę się rozgrzać po wyjściu z kąpieli. Przed regulacją rzeki żyły w niej m.in. raki oraz szczupaki, sumy, płocie i okonie. Łowiono je na tzw. siłki, czyli zapętlony drut. W latach sześćdziesiątych dokonano regulacji Gliniańca, przegradzając rzekę licznymi progami, w wyniku czego populacja ryb drastycznie spadła a obecnie zanikła.

Nazwa Glinianiec pojawia się w źródłach pisanych w połowie XIX wieku, ale jej pochodzenie może być wcześniejsze. Prawdopodobnie źródłosłowem nazwy „Glinianiec”, była „glina”, którą wydobywano w „dolinie” za kościołem, a dokładnie w okolicach przysiółka Szwaby. Anna Banaszak [1] wspominała, że jako dziecko przyjeżdżała z ojcem na Szwaby po glinę. Materiał ten wykorzystywano do budowy klepisk, pieców i innych celów budowlanych. Zasoby gliny musiały być duże, skoro zlokalizowano w tym miejscu cegielnię. Zapewne w niej wyrabiano cegły do budowy pobliskiego kościoła. Ktoś dociekliwy zapyta: a co ma wspólnego potok Glinianiec z doliną za kościołem i Szwabami?

1854.jpg
Glinianiec na mapie katastralnej z 1854 r. (oprac. Paweł Rydzewski)

Odpowiedź na to pytanie znajdziemy dzięki zasobom kartograficznym, ale nie tylko. Za klasztorem o.o. Franciszkanów w stronę południowo-zachodnią rozciąga się dolina rzeczna, której szerokość waha się od kilkudziesięciu do prawie 150 metrów. Jej wielkość nie przystaje zupełnie do płynącego przez nią dzisiaj strumyczka, ale sugeruje, że mogła przepływać tędy większa rzeka. Sprawa staje się jasna i oczywista, gdy spojrzymy na stare mapy, które od niedawna udostępniane są w Internecie. Okazuje się, że właśnie tą doliną płynął ponad 100 lat temu Glinianiec!! Ale dlaczego teraz płynie innym korytem?

Światło na całą sprawę rzuca opis dziejów klasztoru o.o. Franciszkanów w Horyńcu autorstwa franciszkanina Bronisława Małasiewicza: „Płynąca pod klasztorem ze wschodu i południa rzeczka, posiadała wartki prąd wody i płynąc przez grunt piaszczysty, stale podmywała pagórek, na którym stoi kościół i klasztor. Na przestrzeni swego istnienia niejednokrotnie klasztor zwracał się do władz państwowych o radę i pomoc. I tak, pierwszą wzmiankę znajdujemy z r.1814. Wówczas to urząd cyrkularny zawiadamia klasztor o mającym przybyć na miejsce inżynierze, celem udzielenia wskazówek do odprowadzenia wody rzeczki. W r.1857 prowincjał opisuje Namiestnictwu groźne niebezpieczeństwo ze strony rzeczki – rzeczka, wskutek wylewów, wydarła wielki dół na 6 sążni wszerz i wzdłuż w miejscu najbliższym prezbiterium kościoła; prosi tedy inż. o radę. Jeszcze później, bo w r.1865, przy omawianiu potrzeby szybkiej restauracji kościoła, wspomina gwardian o rzeczce, rwącej po dawnemu brzegi i stale zbliżającej się do murów kościoła. Z powyższego zestawienia widać, że przez tak długi czas, pomimo nawet kilkakrotnego przypominania, władze nic nie uczyniły, dla zapobieżenia stałemu podmywaniu kościoła i stąd niebezpieczeństwo usunięcia się murów kościelnych. Taki też stan zastał o. Bogaczyk. Wspomina on bowiem o nowym wylewie rzeczki po gwałtownej burzy połączonej z oberwaniem chmury, jaka przeszła nad Horyńcem w uroczystość Bożego Ciała w 1891 r. Rzeka wtedy groźnie spiętrzona przewalała się na całej przestrzeni poniżej pagórka kościelnego. Po opadnięciu wody, ogród klasztorny, leżąca na niskim brzegu rzeczki, zupełnie stracił swą wartość uprawną. W latach 1894 -1895, a także w r. 1898 zasadzono całe pobrzeże rzeczki sosną, świerkiem i modrzewiem, z czego jednak dużo się nie przyjęło. Pod samym zaś klasztorem, w górnym ogrodzie zasadzono drzewka owocowe i ustawiono kilka uli z pszczołami – stąd nazwany później pasieką. Zaznaczyć trzeba, że rzeczka owa już pod klasztorem nie przepływa, lecz płynie innym korytem z dala od terenu klasztornego. Dokonano wtedy wreszcie przekopania i puszczono rzeczkę innym korytarzem. Kiedy? Najprawdopodobniej po owym ostatnim wylewie z r.1891, ale także chyba i po działalności o. Bogaczyka w Horyńcu – nic bowiem o tym nie zanotował, dziwne jednak jest to, że zupełnie o tym przesunięciu koryta rzeczki nic źródła klasztorne nie podają, mimo że rzeczka przepływała pod samym klasztorem i zagrażała poważnie kościołowi i samemu klasztorowi. Nawet o. Karwacki, który wizytował Horyniec po pierwszej wojnie światowej, a nawet w Horyńcu przez dłuższy czas przepisywał źródła horynieckiego klasztoru, zupełnie tę sprawę przeoczył” (Bronisław Mieczysław Małasiewicz OFMConv, Dzieje klasztoru i kościoła O.O. Franciszkanów w Horyńcu, 1955, mps.).

Można jednak przypuszczać, że bieg rzeki zmieniono dopiero po 1907 roku. Z kroniki klasztornej wynika, że dr Włodzimierz Kozłowski-Bolesta[2] (który obiecał pomoc klasztorowi, jeśli wygra wybory do sejmu) już jako poseł do parlamentu austriackiego wystarał się o 1800 koron dla Horyńca z funduszów publicznych na regulację rzeki Glinianiec i osuszenie pastwiska. Celowi temu sprzyjało naturalne ukształtowanie terenu, gdzie na odcinku od „starego mostu” na Miasteczku, aż do przysiółka Sioło przebiegał naturalny wąwóz. Wystarczyło tylko przekopać odcinek ok. 100 metrów od strony wschodniej (dzisiejsza ul. Polna) do drewnianego mostu, aby Glinianiec popłynął nowym korytem i z daleka omijał klasztor.

Wlodzimierz Kozlowski.jpg
Wlodzimierz Kozlowski (domena publiczna)

Jak wyraźnie widać na starych mapach obecne łąki przy Gliniańcu zwane potocznie przez mieszkańców Namułą były, aż do początku XX w. zalane wodą.

Zbiornik ten mógł mieć pierwotnie charakter użytkowy jako staw rybny lub zbiornik retencyjny do napędu młyna. Z relacji Anny Banaszak dowiadujemy się, że przy dzisiejszym moście, wierni obrządku greckokatolickiego obchodzili uroczystości Jordanu, czyli pamiątki chrztu Jezusa Chrystusa. Wycinano wtedy w tafli lodowej duży krzyż, po czym ksiądz dokonywał obrzędu święcenia wody. Anna Banaszak wspominała też jak w jej dzieciństwie młodzież, zwłaszcza męska, przesiadując na tzw. Górce w pobliżu rzeki, śpiewała na głosy ludowe piosenki.

Wydaje się, że po regulacji Gliniańca i osuszeniu łąk, aż do lat 30. XX wieku (w których to Karłowski utworzył Park Zdrojowy), „Namuła” stanowiła centralny punkt wsi. Anna Banaszak zapamiętała z dzieciństwa w tym miejscu zgromadzenie z okazji uroczystości 3 Maja. Faktem jest, że po II wojnie światowej, gdy horyniecki park został zniszczony, w tym właśnie miejscu organizowano ważniejsze uroczystości, festyny ludowe i zawody sportowe oraz urządzono boisko sportowe na użytek dawnej szkoły na Górce.

Dzisiaj nie spotka się już dzieci kapiących się w Gliniańcu, nie ma śladu po boisku, a młodzież spędza czas wolny w inny sposób. „Namuły” porastają trawą i krzakami, a po Gliniańcu pływają tylko dzikie kaczki. Szkoda, że tak duży i atrakcyjny obszar w centrum uzdrowiska nie jest odpowiednio wykorzystany. Dobrze, że pojawiają się ostatnio ciekawe pomysły i plany zagospodarowania tego terenu. Ich realizacja stanowiłaby naturalne dopełnienie Parku Zdrojowego o brakujące, a niezbędne elementy. Pozostaje tylko trzymać kciuki za powodzenie!


[1] Anna Banaszak (1909 – 2012), mieszkanka Horyńca, babcia autora – relacja z 2008 roku.

[2] Włodzimierz Marian Kozłowski (1858–1917), konserwatywny polityk galicyjski, poseł na Sejm Krajowy Galicyjski, zasiadał w Izbie Poselskiej w austriackiej Radzie Państwa. W latach 1876–80 studiował prawo na uniwersytetach w Pradze, Innsbrucku, Krakowie i Wiedniu, a 30 VII 1883 r. uzyskał na UJ tytuł doktora praw. Właściciel wsi Zabłotce Kozłowskie w powiecie przemyskim. Był członkiem Rady Powiatowej w Przemyślu, Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarskiego, Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, Krajowej Rady Kolejowej, komisji dla regulacji rzek.

 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.