Zygmunt Andruszewski jr

Obrona w horynieckim pałacu

Gazeta Horyniecka nr 48 / opublikowane za zgodą autora i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu lub zdjęć bez zezwolenia jest zabronione.

Zygmunt Andruszewski jr – urodzony we Lwowie w roku 1903. Inżynier rolnik po Akademii Dublańskiej w Dublanach koło Lwowa, rocznik 1926. Żołnierz Września oraz ZWZ – AK w czasie okupacji niemieckiej. Po wojnie pracował na stanowiskach kierowniczych w Państwowych Gospodarstwach Rolnych. Zmarł w roku 1988 i zgodnie z jego ostatnią wolą został pochowany w Grobowcu Andruszewskich przy cerkwi św. Paraskewy w Radrużu. Przedstawiamy fragment pamiętników Zygmunta Andruszewskiego zatytułowanych „Smolin”, wydanych w 2015 roku przez Fundację Smolin Andruszewski (red.)

Zamordowanie przez banderowców leśniczego w Wólce Horynieckiej i całej rodziny młynarza na niedalekiej Suchej Lipie zadecydowało (jak zresztą i serdeczne porady służby folwarcznej!), że zaproszeni przez inż. Seję i przekonani przez Niego o tej konieczności, przenieśliśmy się całą naszą gromadą (9 osób!) do horynieckiego pałacu, do którego ściągali na noc polscy mieszkańcy z części Horyńca – szukając tu schronienia przed ukraińskimi bandami. Część horynieckich Polaków chroniła się w klasztorze OO. Franciszkanów na tzw. Miasteczku. Mając 6 francuskich „Lebeli”[1], które inż. Seja wycyganił przez Hagena z rawskiego starostwa oraz uprzednio zamelinowaną broń krótką i pepesze, tudzież zapasik ręcznych granatów i w bród amunicji do karabinów, (którą „fasowaliśmy” z piwnicy folwarku w Radrużu jako pozostałość po granicznej straży sowieckiej – zabezpieczoną przez Niemców w arcyprymitywny sposób!) – umocniliśmy pałac horyniecki specjalnie skonstruowanymi do podnoszenia i opuszczania ramami z bierwion[2]i drutu kolczastego na każdym piętrze (a raczej kondygnacji) wewnętrznej klatki schodowej pałacu. Mocne stare kraty w oknach parteru oraz studnia w piwnicy pałacowej, jak też dostateczny zapas wiwendy stwarzały możliwość bronienia się w pałacu dłuższy czas. Było nas zresztą stale w nim zamieszkałych sześciu mężczyzn – nie licząc chroniących się na noc. Od wczesnego zmierzchu do wschodu słońca zaciągaliśmy warty, ostrzeliwując się w nocy dla postrachu ogniem posiadanej broni. Na „gościnne występy” przyjeżdżał do nas z Bełżca poczciwy Miecio Klimowicz. Ukrywającego się wśród nas Żydka „Romanowskiego” (prawdziwego nazwiska nie zdradził nam) tresowaliśmy w obchodzeniu się bronią, co było zabawnym epizodem, przy jego wrodzonej abominacji[3]do tego rodzaju „sprzętu”. Siostrzeńcy inż. Seji, a głównie Wicuś (spec od zdobywania wszelkiej amunicji!) celowali w stwarzaniu „alarmowych” sytuacji wycelowanych do „Romanowszczaka”!

Palac Poninskich w Horyncu sprzed II wojny - ze zbiorow Fundacji Z i J Karlowskich.jpg
Palac Ponińskich w Horyńcu sprzed II wojny – ze zbiorów Fundacji Z. i J. Karłowskich

Niemcy już w ogóle nie wystawiali nosa poza miejskie skupiska, także polecenie Oberleitungu zabicia wszystkich tuczników i odstawienia tusz do Lubaczowa, wykonałem w ten sposób, że wszystkie nasze świnki po zabiciu rozdzieliłem między pracowników, robiąc przytem zapasik wieprzowiny i dla nas – na cięższe czasy. Wezwany przez liegenszaftową władzę do stawienia się w Kreisoberleitungu – nie ruszyłem się z Horyńca krokiem.

Inż. Seja miał aparat radiowy (pomimo zakazu!), przy którym dyżurowaliśmy wszyscy, znacząc na mapie szpilkami sytuację na frontach Europy. Doskonale więc wiedzieliśmy z nasłuchu radiowego, że front wschodni zbliża się coraz to bardziej wielkiemi krokami, a sytuacja hitlerowców staje się beznadziejna. Stąd wnioskowaliśmy, że „nasze władze” już są w terenie bezsilne i wręcz bagatelizowane przez wszystkich. Nasze wypady do najbliższych majątków Smolin, Huta Kryształowa czy Podemszczyzna i Radruż robiliśmy zawsze mając przy sobie broń krótką i karabiny ukryte w wyściółce wozu. Bezsprzecznie były one ryzykowne, lecz tego wymagały nasze ZWZ-towskie obowiązki. Napad banderowców na horyniecką stację PKP skończył się ich klęską dzięki przypadkowemu przejazdowi eszelonu[4]Węgrów, wycofywanych z wschodniego frontu, którzy wytłukli banderowskich gierojów, odsyłając furmankami ich trupy na horyniecki folwark dla pochówku, skąd „nieznani sprawcy” (Ukraińcy) wywieźli je nocą poza Horyniec. Tylko miejscową aptekę udało się banderowcom częściowo obrabować, też nocą – bez jednego wystrzału. Gdzieś w połowie marca przewalili się przez Horyniec Własowcy[5], niesamowita banda (z babami) uprowadzająca ze sobą stadninę pięknych koni gdzieś z Ukrainy i stada owiec – karakułów, których skórkami handlowali – oczywiście tylko za wódkę.

Zespol cerkiewny w Radruzu. Z prawej - nagrobek Andruszewskich.jpg
Zespół cerkiewny w Radrużu. Z prawej – nagrobek Andruszewskich – ze zbiorów Fundacji Smolin Andruszewski

Nasze na ogół niefrasobliwe, bo w licznej wesołej kompanji horynieckiej załogi pędzone chwile, urozmaiciły nam Święta Wielkanocne 1944 roku i „Święcone” w postaci 20 litrowej bańki bimbru gorzelnianego, owiniętej pętami kiełbas od góry do dołu. Pierwszy dzień Świąt spędziliśmy na zamku horynieckim w towarzystwie Przyjaciół, zaś drugi na Miasteczku u OO. Franciszkanów – serdecznie przez Nich goszczeni.

Moja wyprawa do Lwowa i Jarosławia w poszukiwaniu locum na przeniesienie się z Horyńca wraz z Rodziną – nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Po prostu było niemożliwością znalezienie tam jakiegoś przytułku i… pracy, nie mówiąc o ryzyku utraty życia podczas przejazdu. Dowiedziałem się tylko o rozwaleniu przez naszą partyzantkę wójta Potylicza, Roszko – Augustynowicza w pociągu jarosławskim. Była to wstrętna kreatura – volksdeutsch, współpracujący z Gestapo. Niestety druga taka kanalia Michał Girey (Tatar), królujący w niedalekim Nowym Siole (były majątek pp. Gnoińskich) ciężko raniony umknął sprawiedliwości, wpędziwszy w nieszczęście szereg Polaków swoimi denucjacjami.[6]

Szał narastających morderstw na polskiej ludności okolicznych wsi, pomimo omijania naszych redut w zamku i klasztorze, zadecydował o naszym przeniesieniu się w (naszym pojęciu!) bezpieczniejsze strony. Zamordowanie przez Niemców smolińskiego rządcy kolegi Piotrowskiego, którego ponoć wydała własna żona, skłoniło nas tak, jak rozeznanie o liczebnej sile grasujących dookoła band ukraińskich – do przyśpieszenia naszego wyjazdu. Za poradą Józka Wojciechowskiego i Miecia Klimowicza, który nas często odwiedzał, obraliśmy za cel naszej przeprowadzki miasteczko Zwierzyniec w powiecie biłgorajskim, gdzie polski element skupiony i w samym Zwierzyńcu, jak okolicznych wsiach nie był skazany na groźbę śmierci z rąk ukraińskich zbirów, a nasza ZWZ-towska (AK) partyzantka przedstawiała ogromną siłę. Poza tem i Józek i Miecio (niedalecy bohaterowie słynnej zamojskiej kompanji AK) mieli zamiar korzystać z leśnej szkoły oficerskiej w józefowskich lasach (Puszcza Solska).

Przyjazd z Horynca do Zwierzynca 14.04.1944. Autor w głerbi wagonu.jpg
Przyjazd z Horyńca do Zwierzynca 14.04.1944. Autor w głębi wagonu – ze zbiorów Fundacji Smolin Andruszewski

Toteż podpłaciwszy horynieckich kolejarzy za podstawienie nam 20 tonowego krytego wagonu towarowego, załadowaliśmy się do niego dziewięcioosobową gromadką, z końmi – wozem, resztkami dobytku (bo większość zostawiliśmy w Horyńcu gdzie spłonął) i… krową, którą w ostatniej chwili przyprowadziła nam w darze delegacja folwarcznej służby z Radruża(!). Przez Rawę Ruską, gdzie musieliśmy „przewekslowanie” nas na linię PKP do Zawady – poprzeć ćwiartką cielęciny, poprzez Bełżec (którego stacja PKP wyleciała po naszym przejeździe w powietrze, wysadzona „volltrefferem” sowieckiej bomby w stojący pociąg z niemiecką amunicją), Susiec, Maziły – mijając po drodze pociągi wysadzone przez naszą AK-owską dywersję – dobiliśmy wreszcie do Zwierzyńca, gdzie oczekiwali nas Józek z Mieciem i Pan Adam Dobrowolski z Rawy Ruskiej. Z ich pomocą wyładowawszy się z wagonu, ulokowaliśmy się u jednego z pracowników zamojskiej Ordynacji, której centralą był właśnie Zwierzyniec. Po spędzonej tam nocy przeprowadziliśmy się do Rynku do pożydowskiej kamieniczki na pierwszym piętrze obok mansardki[7], w której urzędowały dwie łączniczki AK. W skrajnym prymitywie, w dwu izbach, na podłodze zaścielonej zabraną pościelą, ale wolni od ukraińskiej zmory, radziliśmy sobie jak się dało. Konie i krowę ulokowałem przy serdecznej pomocy mojej koleżanki z Lwowskiej Izby Rolniczej pani Mileszkiewicz, która pracowała w biurach zamojskiej Ordynacji, podległej treuhänderowi (pełnomocnikowi) okupanta. Jej też zawdzięczaliśmy przydział siana z cukrowni Michalów dla naszych inwentarzy i ciepłych okryć z RGO.

Druk fragmentu pamiętników w Gazecie Horynieckiej – za zgodą Wydawcy. Zdjęcia stanowią własność Fundacji Smolin Andruszewski i ich rozpowszechnianie bez zgody właściciela jest bezprawne (red.).


[1]Lebel Mle – francuskiej konstrukcji karabin powtarzalny z końca XIX w., wyposażony w czterotaktowy zamek obrotowo – ślizgowy. Już wówczas broń dość archaiczna.

[2]Podłużne kloce drzewa

[3]Obrzydzenie, uczucie odrazy do czegoś.

[4]fr. – wojskowa jednostka służąca do transportu wszelakiego sprzętu wojennego

[5]Rosyjska Armia Wyzwoleńcza powstała pod hitlerowskimi auspicjami w 1942 roku, składała się w głównej mierze z Rosjan, Ukraińców oraz Białorusinów, dowodzonych przez gen. Andrieja Własowa. Allianci po zakończeniu wojny, wydali Własowa Sowietom, którzy powiesili go w Moskwie 2 sierpnia 1946 roku.

[6]łac. – donos

[7]fr.- poddasze

 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.