Marcin Turski

O młynach na Południowym Roztoczu

Gazeta Horyniecka nr 40 / opublikowano za zgodą autora i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu bez zezwolenia jest zabronione.

Określenie „diabelski młyn” kojarzy się raczej z wesołym miasteczkiem niż z wynalazkiem, który ułatwił życie rolnikowi okresu wczesnej epoki żelaza. „Diabelskość” wodnego młyna znajduje jednak swe uzasadnienie w legendarnych pra-początkach dziejów wynalazku. Jak twierdzą etnografowie i badacze ludowych podań – wcale nie na pożytek człowiekowi stworzonemu. Wręcz przeciwnie – była to techniczna koncepcja z piekła rodem. Dosłownie! A wszystko miałoby zacząć się na Lubelszczyźnie. Niektórzy zaś święcie wierzą, że w dolinie któregoś z roztoczańskich potoków…

Zanim się jednak zaczęło – ludzkość musiała wpierw odejść od gospodarki zbieracko – łowieckiej i uczynić rolnictwo podstawą swej egzystencji. Przełom ten daje początek młodszej epoce kamienia. Neolityczni rolnicy nie potrafili jeszcze wykorzystać energii płynącej wody. Mąkę z ziaren uzyskiwali za pomocą rozcierania tychże przy użyciu dwóch kamieni. Taka konstrukcja u szczytu swego rozwoju przybrała formę żaren, gdzie mniejszy kamień – tzw. biegun, wprawiany w ruch siłą mięśni (człowieka a później pociągowego zwierzęcia) rozcierał ziarna znajdujące się w misowatym zagłębieniu dolnego, większego kamienia – leżaka. Zajęcie mozolne! Toteż wynalezienie koła młyńskiego, równoznaczne z zaprzęgnięciem do tej niewdzięcznej pracy wód rzek i strumieni, stanowiło dla ówczesnych ludzi nie lada rewolucję. Powstanie wydajnego koła nasiębiernego to mniej więcej piąte stulecie przed narodzeniem Chrystusa. Podania ludowe przesuwają jednak początek młynarstwa na IV wiek n.e. – czas życia i działalności św. Marcina z Tours. Warto je przytoczyć, gdyż tu zaczynają się klimaty roztoczańskie, choć nie zawsze pada konkretna nazwa. Ale to właśnie w dolinie którejś z roztoczańskich rzek nastąpił splot życiowych dróg świętego (patrona młynarzy przecież) i pewnego nie do końca rozgarniętego wysłannika piekieł. Na czym miały polegać braki w czartowskiej inteligencji? Starczyło jej by dokonać wspaniałego wynalazku i zbudować pierwszy w świecie wodny młyn. Diablisko ani myślało jednak dzielić się nim z wciąż ciężko pracującymi ludźmi. Wystarczyło mu napawanie się terkotem młyńskiego koła. Wagę i znaczenie diabelskiej inwencji dla ludzkości docenił natomiast święty Marcin.  I dobił z czartem targu. Koszt zrzeknięcia się praw do konstrukcji był niebagatelny – dwa worki szczerozłotych dukatów. Święty wynegocjował jednak odroczenie płatności – do czasu kiedy świerk na jesień liście zgubi. Wodne młyny odsłużyły swoje, dziś znikają nieuchronnie z nadrzecznego pejzażu – a diablisko ponoć wciąż czeka zapłaty.

Zagadką pozostaje nie tylko czas ale i miejsce transakcji świętego z czartem. W obrębie polskiej części Roztocza Południowego bystrych potoków poruszających swym prądem młyńskie koła było całkiem sporo. Może to właśnie tu patron młynarzy przechytrzył pomysłowego diablika? Niech sobie zatem czart czeka. My zaś zatrzymajmy się przez chwilę i zadumajmy nad tym nieuchronnym znikaniem…

Rzut oka na dowolną, byle dokładną, mapę turystyczną uzmysławia, że każda większa rzeka Roztocza Południowego „zaprzęgnięta” była do pracy na dużą skalę. Przykłady? Oto Tanew i zasilające ją w obszarze źródliskowym boczne strumyki. Bez większego trudu znajdziemy tu trzy „młyniska”, czyli miejsca gdzie konstrukcje młynów nie zachowały się lub zachowały się relikty po nich. I to tylko na południowym odcinku Królowej Roztoczańskich Rzek. Zaś jeden obiekt, imponujących zresztą rozmiarów, czterokondygnacyjny, w części parterowej murowany, powyżej drewniany, z dwuspadowym dachem i charakterystycznym kordonowym gzymsem mniej więcej w połowie wysokości, istnieje do dziś. Jego dzisiejszy wygląd jest efektem wielokrotnych przebudów i odbudów po różnych zawieruchach dziejowych. Miejsce nazywa się Młynki i stanowi dziś północną część Narola. Leży na pograniczu Roztocza Południowego i Środkowego.

Młyn w Narolu - Młynkach.jpg
Młyn w Narolu – Młynkach (fot. Marcin Turski)

Młynki to nie jest pierwotna nazwa aczkolwiek od początku była to samodzielna osada młyńska, związana z dobrami narolskimi. Jako pierwszy osiadł tu i pełnił obowiązki młynarza niejaki Pawelec – i tak też nazwano osadę przy młynie. „Na Pawelca stawie” – to określenie widnieje na mapie dóbr narolskich z 1800 roku.

Stawu tego nie należy utożsamiać z dziś istniejącym zbiornikiem użytkowanym przez wędkarzy. Na skutek powodzi, pożarów ale także  sądowych zatargów z dworem w Narolu zmieniała się lokalizacja tak samego młyna jak i przebiegu przekopów na Tanwi wraz ze stawem młyńskim. Ostateczna, zachowana do dziś lokalizacja pochodzi z roku 1937. Wówczas przez krótki okres młyn był w rękach narolskiej gminy. Poczyniono wówczas dość duże inwestycje m.in. instalując nowoczesną turbinę wodną. Możliwości finansowe gminy jednak wyczerpały się dość szybko, młyn ostatecznie wykończyli dzierżawcy – dwie żydowskie rodziny: Walderów i Bodensztajów. Oni to ostatecznie unowocześnili młyn wyposażając go w walce oraz urządzenie do mielenia jęczmienia – tzw. kasper. Budynek szczęśliwie przetrwał II wojnę światową a bywał on w tym czasie miejscem gdzie chroniły się ugrupowania partyzanckie, m.in. kompania AK Narol dowodzona przez „Kostka” – Karola Kosteckiego.

A co z nazwą? Określenie „Pawelec” zanikło z kilku powodów. Po pierwsze – częste zmiany właścicieli. Ale to nie wszystko. Ów pierwszy osadnik musiał być człowiekiem dość majętnym, co nie dziwi – wszak młynarze zawsze stanowili lokalną „elitę finansową”. Musiał też posiadać co najmniej jeszcze jeden młyn. Świadczy o tym nazwa uroczyska w lesie w rejonie Łukawicy na południowy wschód od Narola. Ten zakątek z kolei nazywa się Pawelce i z całą pewnością stał tu młyn zasilany wodami jednej z odnóg źródliska Tanwi. Młyńska zaś osada przy Narolu dla odróżnienia zmieniła nazwę, początkowo na Mielniki, później zaś utrwaliło się określenie Młynki – stosowane do dziś. Choć coraz rzadziej. W 1996 roku osada włączona została w granice administracyjne miasta Narola i oficjalnie zaprzestano używania tradycyjnej nazwy. Wydawcy map turystycznych, podobnie jak miejscowa ludność na szczęście za nic mają urzędowe ustalenia dzięki czemu historyczne nazewnictwo przetrwało i pewnie – przynajmniej przez jakiś czas – pozostanie w obiegu. Czerniejąca nad malowniczym zbiornikiem, tyleż okazała co przepięknie położona, górująca nad skromnymi obejściami konstrukcja dopełnia tradycyjne określenie topograficzne i dopóki stoi – żadne zarządzenie czy dziennik ustaw nie jest w stanie temu zaprzeczyć.

Przejdźmy teraz nieco w górę Tanwi, we wspomniane wyżej okolice Łukawicy oraz jej części o nazwie Pizuny. To już bezsprzecznie Roztocze Południowe z całą jemu właściwą tajemniczą aurą. Nieopodal Łukawicy, tuż na zachód od wsi mamy wspomniane skupisko trzech młynisk – nanizane niczym paciorki na jedną z odnóg Tanwi. Tu też odnajdziemy wspomniane Pawelce – drugi młyn historycznego osadnika spod Narola.

Pozostałości śluzy w uroczysku Pawelce.jpg
Pozostałości śluzy w uroczysku Pawelce (fot. Marcin Turski)

Dziś jest tu jedynie drewniany mostek przerzucony nad strumykiem a nieco powyżej niego – zachowane resztki śluzy. Pierwszy młynarz utrwalony został jedynie w nazwie uroczyska. Tuż przed wybuchem II wojny światowej w Pizunach, maleńkiej wiosce nad Tanwią, mieszkało 14 rodzin w tym trzy żydowskie. Wszystkie trzy ponoć parały się młynarstwem. To do nich należało w tym okresie całe wspomniane skupisko młynów: Łukawica, Pawelce i Pizuny. Ten ostatni ponoć najokazalszy w regionie, położony nad równie rozległym stawem młyńskim – dziś zarośniętym bagniskiem przez które prowadzi znany turystyczny szlak – św. Brata Alberta.

Nadeszły lata okupacji. W 1942 roku wszystkie rodziny żydowskie spotkał ten sam tragiczny los. Po starozakonnych młynarzach pozostały bezpańskie obiekty. Choć w Pizunach  proces destrukcji rozpoczął się szybciej. W 1940 roku odnotowano na tym terenie wielką powódź na Tanwi, której wody przerwały umocnienia i zrujnowały piętrzenie oraz sam budynek młyna. Będącym jeszcze na miejscu właścicielom, żyjącym w stałym poczuciu zagrożenia i chyba przeczuwającym swój rychły koniec (za półtora roku powstanie jeden z największych obozów zagłady w nieodległym Bełżcu!) nie w głowie była odbudowa. Toteż – już po zakończeniu działań wojennych – upaństwowienie pozostałości opuszczonego młyna nie napotkało na żaden opór czy sprzeciw. Zresztą w tym wypadku termin „upaństwowienie” oznaczał niemal natychmiastowe rozszabrowanie. W 1946 roku to, co dało się jeszcze wykorzystać, resztki urządzeń młyńskich w tym turbina wodna zostało skrzętnie „zagospodarowane”. I tu ciekawostka – w Rybnicy opodal Suśca, nad Potokiem Łosinieckim, stoi do dziś przepięknie położony drewniany budynek młyna. A w nim… przedwojenna turbina z Pizun… W samych Pizunach pozostały sterczące tu i ówdzie resztki pali oraz wspomniane rozlewisko…

Inna roztoczańska rzeka – Sołokija – to swoiste przeciwieństwo Tanwi. Ta pierwsza od samego początku utrzymuje kierunek północno – zachodni. Druga zaś wprost przeciwnie – spływa początkowo z Roztocza na południowy wschód by później dopiero skręcić ku Bugowi. To już na terytorium Ukrainy. Nas interesuje początkowy odcinek. W rejonie Roztocza Południowego nad samą Sołokiją i jej niewielkim dopływem – Krynicą Bełżecką zwaną czasem po prostu Źródłem – rozlokowało się swego czasu aż siedem młynów. I tu również zachował się tylko jeden – za to potężny, dwie ceglane kondygnacje i poddasze posadowione na solidnej kamiennej podmurówce. Pomiędzy kondygnacjami dopatrzymy się resztek skutego gzymsu. Od strony nadrzecznej skarpy widzimy masywną przyporę przywodzącą na myśl gotyckie mury obronne. Oczywiście metryka obiektu tak zamierzchłych czasów nie sięga. Mieszkańcy Rudy Żurawieckiej, bo o tej miejscowości mowa, wspominają o ponad stu latach monumentalnej budowli nad „ich” rzeką.

Ruda Żurawiecka - zachowany budynek młyna
Ruda Żurawiecka – zachowany budynek młyna (fot. Marcin Turski)

Z rzadka słyszy się określenie „młyn Tellerów” – od nazwiska przedwojennych właścicieli, których rodzina także w większości zginęła w niemieckich obozach. Jednemu z nich – Borysowi – dziwnym trafem udało się przeżyć i znaleźć schronienie w Paryżu. Być może dlatego nazwisko przedwojennych młynarzy nie poszło całkiem w zapomnienie…

Pozostałe młyny na Krynicy Bełżeckiej i Sołokiji są już tylko wspomnieniem. O tych na płynącym przez Bełżec „Źródle” zachowały się okruchy w pamięci mieszkańców. Bo i same młyny przetrwały dłużej niż ich „kuzyni” ze źródeł Tawni. Ten w Bełżcu „przy gorzelni” pracował jeszcze w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Jednak ślad po nim nie został – odnajdziemy w tym miejscu „standardowy” jednorodzinny dom. Z kolei przy ulicy nomen omen Stawowej możemy dostrzec resztki młyńskiego jeziorka. Dwa kilometry w dół doliny Krynicy mamy znowuż „Młynki”. To nazwa nieoficjalna, używana jednak przez mieszkańców, którzy odwiedzają (zwłaszcza miłośnicy wędkowania) tutejszy urokliwy zalewik. I tu niespodzianka! Do dziś nad wodami „Młynek”, w noc świętojańską gromadzi się młodzież na tradycyjne obrzędy. Po dłuższym zastanowieniu się nie ma w tym nic dziwnego. Odwołajmy się na chwilę do literatury dziecięcej pióra Astrid Lindgren. Nieprzypadkowo Lasse – jeden z siedmiorga „Dzieci z Bullerbyn” chcąc udawać wodnika usiadł na młyńskim kamieniu. Młyny wodne czerniejąc nad rzekami i stawami tak działały na ludzką wyobraźnię, że ta traktowała je jako siedziby wszelakich nadwodnych straszydeł. Zaś straszydła miały za zadanie pilnować aby nikt nie ośmielił się zażywać kąpieli przed Nocą Kupały. Czyli inaczej Świętojańską. Obrzędy w tę noc miały miedzy innymi moc przebłagania owych utopców i innych złośliwych nadwodnych stworów. Można to zinterpretować jako swoiste otwarcie „letniego sezonu kąpielowego” w rzekach, strumykach i stawach.

Młynki koło Bełżca - współczesne piętrzenie w miejscu dawnego młyna.jpg
Młynki koło Bełżca – współczesne piętrzenie w miejscu dawnego młyna (fot. Marcin Turski)

A sam młyn? Materiał z jego rozbiórki posłużył do budowy świetlicy w nieodległej Żyłce. To też już lata sześćdziesiąte choć młyn zaprzestał pracy znacznie wcześniej. W podobnym czasie zniknął też młyn z Leliszki. I tam również dawny młyński staw pełni funkcję zbiornika retencyjnego, wędkarskiego wybitnie urozmaicając przy tym lokalny pejzaż.

Leliszka - dawny staw młyński.jpg
Leliszka – dawny staw młyński (fot. Marcin Turski)

Przykłady można mnożyć. Przez samo serce Roztocza Południowego płynie niewielka Łówczanka – dopływ nieco tylko większej Brusienki. Na odcinku od jej źródeł we wsi Łówcza do Żukowa odnajdziemy kolejne trzy młyniska. Przy starej cerkwi w Łówczy rzeczka jest ledwo widocznym ciekiem. Ale już półtora kilometra niżej w części wsi zwanej Wolą już z szosy usłyszymy charakterystyczny szum „wodospadu” na resztkach piętrzenia. To kolejny relikt, który pozostał po jednym z najdłużej zachowanych młynów – rozebranym dopiero w latach 90-tych ubiegłego stulecia.

Jedno z dwóch młynisk w Łówczy.jpg
Jedno z dwóch młynisk w Łówczy (fot. Marcin Turski)

Podążmy jeszcze trochę ku południowi. W Horyńcu trzy strumyki: Słotwina, Glinianiec i Radrużka łączą się w jedną rzekę – Papiernię. Nieopodal Gliniańca przy ulicy Wojska Polskiego stoi okazały budynek mieszkalny będący niczym innym jak przebudowanym młynem. Z kolei nazwę Papiernia – oprócz samej rzeki – nosi przydolinny przysiółek Wólki Horynieckiej. Nazwa nieprzypadkowa, gdyż papiernia (którą musiał napędzać mechanizm wodnego młyna) funkcjonowała tam do powodzi w roku 1927. Od siedemdziesięciu lat nie ma po obiekcie niemal żadnego śladu. Niemal – bo i tu odnajdziemy niewielkich rozmiarów rozlewisko. Otwierając oczy wyobraźni ujrzymy młyński staw i wodę spadającą na turkoczące koło…

Wody rzeki Papierni uchodzą 5 km dalej do Sołotwy. Jeszcze kilometr w dół od ujścia i jesteśmy w Baszni Dolnej. Jeden z najokazalszych tu budynków to kolejny zachowany młyn. O dziwo – czynny, pracujący choć oczywiście napędzany energią elektryczną a nie wodną. O tradycyjnym wodnym napędzie świadczy bliskość rzeki i dobrze zachowanego stawu młyńskiego. Oraz swoiste „eksponaty” prezentowane na wolnym powietrzu przed budynkiem. Ujrzymy tam dawne koło młyńskie a obok mlewnik walcowy – serce młyna, urządzenie do rozdrabniania ziarna. Bardzo dobrze się stało, że właściciele obiektu zaprezentowali przejeżdżającym (tuż obok prowadzi szosa z Lubaczowa do Horyńca) materialne świadectwo dawnego młynarstwa oraz 120-letniej metryki obiektu.

Basznia - koła młyńskie.jpg
Basznia – koła młyńskie (fot. Marcin Turski)

To tylko kilka wybranych przykładów wśród całego szeregu podobnych materialnych świadectw  przeszłości Roztocza Południowego. Młynarstwo było jednym z najstarszych przemysłów wiejskich zaś młynarze – najbardziej szanowanymi członkami lokalnej społeczności. Jeszcze nie tak dawno obecność młynów była powszechna choć po przemianach ustrojowych będących konsekwencją układu politycznego – następstwa II wojny światowej – młynarstwo jako rodzinny „biznes” upadło. Młynarze jako jedni z najbardziej zamożnych ludzi traktowani byli jako „kułacy”. Upaństwowione młyny funkcjonowały na różnych zasadach, nie da się tu przyłożyć jednego szablonu. Część z nich bezpowrotnie znikła już po wojnie, część została rozebrana później w imię „postępu”, niektóre budynki zmieniły swoje przeznaczenie, są też takie, które istnieją do dziś. I stanowią bezcenną acz wciąż niedocenianą pamiątkę po czasach, kiedy ludzkość z konieczności żyła „bliżej przyrody”. Zaś ta ostatnia zyskiwała swoisty „system retencyjny”, tak przydatny w czasie letnich susz czy katastrofalnych powodzi. Dziś, gdy borykamy się ze zmianami klimatu, których kierunek nie jest do końca przewidywalny, warto o tym szczególnie pamiętać.

 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.