Janusz Mazur

 „Spóźniłem się do Werchraty…”. Dwa listy św. Brata Alberta

Gazeta Horyniecka nr 47 / opublikowane za zgodą autora i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu bez zezwolenia jest zabronione.

W Roku św. Brata Alberta Chmielowskiego przypatrujemy się jego śladom na Ziemi Horynieckiej. Do ciekawych i stosunkowo jeszcze mało znanych pamiątek z okresu pobytu tego świętego w pustelniach w Monatyrze pod Werchratą i w Prusiu są dwa jego listy napisane w tych miejscowościach na początku XX wieku. Ich adresatką jest bł. s. Bernardyna (Maria Jabłońska), pochodząca z Pizun pod Narolem, bliska współpracowniczka św. Brata Alberta i pierwsza osoba wyniesiona na ołtarze z terenu diecezji zamojsko-lubaczowskiej. Listy posiadają więc podwójne znaczenie: z jednej strony są dokumentem lokalnej historii, a z drugiej pamiątką po dwóch wybitnych postaciach Kościoła polskiego i powszechnego.

Interesujące nas listy należą do zbioru pism św. Brata Alberta zgromadzonych w Archiwum Sióstr Albertynek w Krakowie. Kolekcja ta liczy ponad 200 skatalogowanych rękopisów. Spośród tego pokaźnego zbioru listy Brata Alberta do s. Bernardyny niewątpliwie wyróżniają się pod względem ilości i bardzo interesującej treści. Zachowało się ich dokładnie 91. List z Monastyru pod Werchratą skatalogowany został pod numerem 11, a z Prusia opatrzony jest liczbą 46. Pierwszy datowany jest na marzec 1902 roku i należy do grupy najstarszych przykładów zachowanej korespondencji Brata Alberta do s. Bernardyny. Powstał po sześciu latach od ich pamiętnego spotkania przy drzwiach klasztoru oo. franciszkanów w Horyńcu (13 czerwca 1896 r.), które zadecydowało o wyborze drogi zakonnej przez Marię Jabłońską. Drugi napisany został pięć lat później, 9 maja 1907 roku. Był to okres, w którym współpraca między Bratem Albertem a s. Bernardyną, pełniącą już od kilku lat odpowiedzialną funkcję „Siostry Starszej” Zgromadzenia Sióstr Albertynek, była już w pełni rozwinięta.

sw. brat albert chmielowski
Św. Brat Albert Chmielowski

Obydwa listy napisane są w charakterystyczny dla św. Brata Alberta sposób, czyli na luźnych skrawkach papieru z delikatnymi liniami tworzącymi kratkę. Tekst jest pisany szybko, swobodnie, bez dbałości o interpunkcję, ale z charakterystycznymi myślnikami (pod względem charakteru pisma może być przedmiotem badań grafologicznych). Podpis autora zastąpiony jest krzyżykiem; podobny znak umieszczony jest też na początku listu. Na kartach podane są również nazwy miejscowości, w których korespondencja powstała, co jest raczej rzadkością w innych tego typu dokumentach, a dla badaczy śladów albertyńskich na Roztoczu Południowym dowodem niezwykle istotnym. Charakterystycznym elementem są umieszczone, czy to pod tekstem (list z Monastyru), czy w nagłówku (list z Prusia), nazwy dni tygodnia, w których korespondencja była pisana (odpowiednio w „piątek” i „czwartek”). List z Prusia zawiera też liczbę dnia tygodnia („9-go”). Natomiast bardziej szczegółowe, miesięczne i roczne daty powstania obydwu dokumentów określili badacze opracowujący pisma św. Brata Alberta.

Pierwszy chronologicznie list napisany został, jak to określił sam Brat Albert – „na Monastyrku”. Nazwa tego górzystego przysiółka Werchraty posiada wyjątkowo wiele odmian, z których najpopularniejsze to: „Monastyr” („Monastyrek” – jako forma zdrobniała), „Manasterz”, „Monasterz”, czy „Monastyrz”. Istniejące tam pozostałości monasteru oo. bazylianów (stąd nazwa tej części wsi), obok wyjątkowego piękna okolicznej przyrody, były jednym z powodów założenia pustelni braci albertynów. Powstała ona w 1891 i funkcjonowała do 1905 roku. W ciągu prawie czternastu lat swego istnienia Brat Albert był w niej częstym gościem. List z 1902 roku jest tego dowodem. Jak sam pisze – do Werchraty, czyli właściwe do pustelni monasterskiej, przybył spóźniony w piątek i przebywał w niej do poniedziałku włącznie, czyli prawie cztery dni. Czas z pewnością wykorzystał dla umocnienia duchowego zarówno siebie, jak i przebywających tu braci, czyli zgodnie z główną ideą istnienia tzw. klasztorków pustelniczych, jako miejsc wypoczynku i nabierania sił do ciężkiej pracy w miejskich „przytuliskach” – ośrodkach dla najuboższych i chorych.

List Brata Alberta do s. Bernardyny, „Monastyrek” pod Werchrata, marzec 1902 r. (Archiwum Siostr Albertynek w Krakowie).jpg
Fragment listu św. Brata Alberta

Ten bardzo krótki list pełnił właściwie funkcję ściśle informacyjną. Brat Albert przesyłał bowiem s. Bernardynie najświeższe wiadomości o miejscu swego aktualnego pobytu i planach wyjazdowych. Relacje te świadczą o znacznej mobilności Brata Alberta, który od początku lat 90. XIX wieku, aż do końca swego życia nieustannie podróżował, stale rozszerzając swoją misję posługi najuboższym. Do tego celu wykorzystywał zbudowaną niewiele wcześniej sieć linii kolejowych. Fakt istnienia drogi żelaznej między Jarosławiem a Sokalem, która przebiegała przez Werchratę, posiadał też z pewnością ważny wpływ na wybór okolic Horyńca na miejsce założenia pustelni w Monastyrze i Prusiu. Kolej umożliwiała też stosunkowo szybki i tani sposób wymiany korespondencji.

Dla właściwej organizacji pracy „przytulisk” rozrzuconych między Krakowem a Stanisławowem komunikacja listowna posiadała duże znaczenie. W liście z Werchraty posiadamy więc informacje o współpracownikach Brata Alberta posługujących w krakowskich ośrodkach dla najuboższych. Byli to: „brat Piotr” (w życiu świeckim nosił nazwisko Maciaszek) i „Władka”, czyli s. Władysława (Eulalia Kodym). Wspomniane jest także „Starsza Siostra”, czyli przełożona albertynek, którą była w tym czasie s. Teresa (Jadwiga Orłoś). Do tej interesującej siostry albertynki powrócimy w przy okazji listu z Prusia. W tym miejscu warto jednak zauważyć, iż z powodu wzmiankowanej w werchrackiej korespondencji choroby s. Teresy, na stanowisku „Siostry Starszej” zastąpiła ją wkrótce adresatka listu, czyli s. Bernardyna.

Ta ostatnia, określona jako „biedniuchne dziecko”, ze zrozumiałych względów jest w liście szczególnie wyróżniona. W korespondencji z Werchraty, ale też w wielu innych listach Brat Albert nazywa ją właśnie „dzieckiem” lub też bardziej pieszczotliwie „Dynką” (zdrobniały skrót imienia Bernardyna) – jak to widać, chociażby z przedstawionego poniżej listu z Prusia. Siebie określa przy tym równie familiarnie jako „tatko”. Wszystko to świadczy, że Brat Albert miał do s. Bernardyny niemal ojcowski stosunek.

Pierwsza strona listu Brata Alberta do s. Bernardyny, Prusie, 9 maja 1907 r. (Archiwum Siostr Albertynek w Krakowie).jpg
Fragment listu św. Brata Alberta

Werchrata jeszcze tylko raz pojawia się w korespondencji między Bratem Albertem a s. Bernardyną (list nr 20, napisany we Lwowie ok. 1903 r.). Na tym tle, leżąca po sąsiedzku pustelnia sióstr albertynek w Prusiu, gdzie Brat Albert napisał w 1907 roku drugi z prezentowanych listów, znajduje się w znacznie lepszej sytuacji. Obok wspomnianego dokumentu Prusie jest bowiem bardzo często wymieniane w korespondencji między przełożonymi męskiej i żeńskiej gałęzi Zgromadzenia Albertynów. W porównaniu z klasztorkiem „na Monastyrku” pustelnia w Prusiu istniała też nieco dłużej. Powstała w 1897 roku po likwidacji poprzedniego ośrodka zlokalizowanego – jak się udało ostatnio ustalić – na folwarku w Bruśnie Starym. Funkcjonowała dokładnie siedemnaście lat, aż do momentu wybuchu I wojny w 1914 roku.

List Brata Alberta pisany w Prusiu, a wysłany z Jarosławia, skierowany był do s. Bernardyny, która przebywała w tym czasie w pustelni na Kalatówkach w Zakopanem. Brat Albert, podobnie jak w poprzednim liście, referuje jej aktualne plany wyjazdowe i sytuację w odwiedzanych sukcesywnie domach albertyńskich. Pociesza też s. Bernardynę, doświadczaną zarówno duchowo, jak i fizycznie, szczególnie wobec problemów z nerkami. Zaleca jej korzystanie z ciszy i spokoju zakopiańskiego „klasztorku pustelniczego”.

Na początku listu wśród wymienionych przez Brata Alberta miejscowości pojawia się nazwa „Zgorajszczyzna”. Istniała tam pustelnia albertynów, którzy w 1905 roku zostali zmuszeni do opuszczenia Monastyru pod Werchratą. Miejsca lokalizacji tej osady nie udało się jak na razie ustalić. Ponieważ Brat Albert odwiedzał Zgorajszczyznę podczas pobytu w Prusiu, zapewne istniała stosunkowo niedaleko, prawdopodobnie w okolicach Potylicza, gdzieś pomiędzy Rawą Ruską a Ulickiem (ob. na Ukrainie). W samym Potyliczu istniała też parafia rzymskokatolicka, która obejmowała Prusie. Ówczesny proboszcz potylicki, ks. Jan Ruciński, był też częstym gościem u sióstr albertynek, szczególnie od czasu, gdy Brat Albert wystarał się o utworzenie w budynku pustelni niewielkiej kaplicy. Na końcu swego listu Brat Albert wspomina nawet, że w dniu wyjazdu z Prusia do Jarosławia uczestniczył jeszcze w odprawianej tutaj Mszy św.

Głównym tematem obszernego listu jest jednak stan zdrowia s. Teresy, wspomnianej też we wcześniejszej korespondencji w Werchraty. Była to jedna z tych sióstr albertynek, które najwcześniej, już od początku lat 90. XIX wieku zaczęły towarzyszyć Bratu Albertowi w jego misji posługi najuboższym. Jej droga do zgromadzenia albertyńskiego była bardzo interesująca. Pochodziła ze Starego Konstantynowa na Podolu (ówczesny zabór rosyjski) i z wewnętrznej potrzeby wstąpienia do klasztoru przybyła do Galicji. Według wspomnień Elżbiety Dębickiej, córki Ludwika Dębickiego właściciela dóbr werchrackich, przyjaciela i bliskiego znajomego Brata Alberta, miała przybyć do Krakowa na piechotę: „W swej naiwności – pisała Dębicka – była świecie przekonaną, że wstąpienie do klasztoru to jest tak wyjątkowy fakt, że należy się z taką decyzją zwrócić do biskupa. Wybrała się więc do Kardynała Dunajewskiego, a na znak pokory przyszła na audiencję boso. Kardynał był zakłopotany tą wizytą i nie bardzo wiedział co z tym fantem zrobić. Pielgrzymka [sic!] nie miała pieniędzy, nie miała nikogo znajomego Krakowie, a tu już noc zachodziła. Ułożyła się na kupce kamieni na Błoniach i zasnęła. Obudził ją policjant i zaprowadził jak włóczęgę „po telegraf” (tak nazywano w Krakowie tymczasowy areszt policyjny). Jakież było zadziwienie policjantów, gdy nazajutrz rano zastali nieznaną włóczęgę otoczoną kołem zasłuchanych towarzyszek aresztu… a ona mówiła im o miłości Bożej”.

Dalej Dębicka opowiedziała jeszcze krótką anegdotę. Otóż kardynał Albin Dunajewski, biskup krakowski i przyjaciel Brata Alberta, wezwał go do siebie i żartobliwie powiedział: „Była tu jakaś wariatka z Litwy [w rzeczywistości z Podola]… w sam raz dla brata…”. W stwierdzeniu tym, jakkolwiek humorystycznym, jest odbicie ówczesnego postrzegania samego Brata Alberta. Jego radykalny wybór i dokonane na wzór św. Franciszka porzucenie świata, a przede wszystkim ukochanej twórczości malarskiej, by stać się najuboższym i w ten sposób służyć najuboższym, uznane było w środowisku galicyjskim końca XIX wieku za pewien rodzaj szaleństwa. Nic więc dziwnego, że Brat Albert rozpoczął poszukiwania młodej kandydatki do zakonu, która podobnie jak on też chciała wybrać skrajnie ubogie życie. Tym bardziej, że Brat Albert potrzebował pełnych poświęcenia sióstr do posługi przy opuszczonych i chorych kobietach.

IMG_8472.jpg
Na Monastyrze otwarto wiatę turystyczną w pobliżu miejsca, w którym ongiś znajdowała się pustelnia św. Brata Alberta (fot. Artur Pawłowski)

Siostra Teresa, która ostatecznie wstąpiła do zgromadzenia albertynów, posiadała jednak osobowość bardzo wrażliwą, ze skłonnością do egzaltacji, a nawet histerii. Mimo iż z poświęceniem wypełniała bardzo trudne obowiązki w „przytuliskach”, sprawiała swoją nadmierną uczuciowością i nadobowiązkowością pewne problemy. Objawiły się one nawet w Prusiu, gdzie s. Teresa odpoczywała i wyciszała się wewnętrznie. Doszło tu do nieporozumień między s. Teresą a s. Albertyną, jej starszą, rodzoną siostrą, która również wstąpiła do albertynów. Siostra Albertyna (Kazimiera Orłoś), nazywana przez Brata Alberta żartobliwie „Albertusem”, była przełożoną pustelni w Prusiu i z tej racji sprawowała opiekę nad swą rodzoną, a zarazem zakonną siostrą.

Brat Albert, zachowując dystans do świata niepozbawiony pewnej dozy humoru (co daje się zauważyć w korespondencji), przejmował się jednak stanem zdrowia s. Teresy. Radził się w jej sprawie proboszcza potylickiego, a nawet słynnego lwowskiego psychiatry dr. Edwarda Sawickiego. Problemy ze stanem zdrowia albertynki utrzymywały się jednak przez dłuższy czas, przysparzając Bratu Albertowi wielu zmartwień. W innym liście (nr 54), napisanym we Lwowie w lipcu 1908 roku żalił się do s. Bernardyny, iż „na Terenię już mi nie staje rozumu”.

Obydwa listy, które Brat Albert napisał podczas pobytu w okolicach Horyńca niemal dokładnie 115 i 110 lat temu, są dowodem na niełatwą drogę, którą przebył, podążając ku świętości. W licznych, przeważnie skrótowych, a przez to wybiórczych biografiach tego świętego, trudno znaleźć w pełni zarysowaną jego duchowość. Dlatego też w Roku św. Brata Alberta zachęcamy do lektury korespondencji, a także innych jego pism i wypowiedzi.

Wychodząc naprzeciw tym potrzebom, zamieszczamy poniżej treść interesujących nas listów w opracowaniu ks. Alfonsa Schletza. Towarzyszą im po raz pierwszy publikowane ilustracje – kopie wspomnianej korespondencji. Otrzymaliśmy je dzięki pomocy s. Anny Stawarz dyrektor Domu Pomocy Społecznej Zgromadzenia Sióstr Albertynek w Lubaczowie. Ilustracje te eksponowane były na wystawie pt. „Ślady Świętego” zorganizowanej w konkatedrze w Lubaczowie przy udziale lubaczowskiego Muzeum Kresów.


List Brata Alberta do s. Bernardyny, Monastyrek, piątek [marzec 1902 r.]

„Spóźniłem się do Werchraty, więc nie mogę w sobotę zdążyć do Krakowa. Czekam na listy od was w poniedziałek. Proszę uprzedzić brata Piotra i Władkę. We wtorek mam zamiar jechać do Krakowa, Starsza Siostra znacznie zdrowsza.

Niech Pan Jezus i Matka Najświętsza biedniuchne dziecko błogosławią.

Wszystkie Siostrzyczki pozdrawiam i Opiece Boskiej polecam”.


List Brata Alberta do s. Bernardyny, Prusie 9-go [maja 1907 r.]

„Przyjechałem tu w niedzielę po południu, ale w poniedziałek musiałem jechać na Zgorajszczyznę, bo bracia przysłali konia, powróciłem tu we środę, żeby się z księdzem proboszczem zobaczyć i o Terenię porozumieć. Dziś jadę do Jarosławia, bom im obiecał wstąpić, jutro do Przemyśla, na sobotę albo w niedzielę będę we Lwowie, jadę tędy, bo zapłacony bilet do Lwowa. Zapewne we wtorek pojadę pośpiesznym pociągiem wprost do Tarnowa ze Lwowa. Nie wiem wiele dni przyjdzie mi w Tarnowie zabawić, bo będę chciał tam Siostrzyczki jako upakować a i Bracia podobno mnie tam potrzebują, pochorowało się trzech ect. Dynka niech zaraz napisze list do Lwowa, żebym go w niedzielę albo w poniedziałek odebrał.

Wszystkie Siostrzyczki po rekolekcjach spokojne i tu w Prusiu i we Lwowie, tak samo w Sokalu, żadna nie ma nic do mówienia, tylko wszystkie się dopytują, kiedy już Matka Starsza przyjedzie.

Terenia też zupełnie się uspokoiła, zrobiła się miła i naturalna, nie wiem jak na długo. Wytłumaczyłem jej, że tylko wtedy katolik jest wolny od posłuszeństwa, kiedy by mu jawny grzech przełożony nakazywał i jakoś uwierzyła i obiecuje słuchać i żadnych osobliwości nie robić. Nie kazałem jej chodzić do kościoła, a spowiadać się tylko wtedy, kiedy będzie miała co wyraźnego do powiedzenia, dlatego tak, żeby jej histeria siedział cicho, zanim to zrobiłem, poszedłem radzić się Sawickiego, który mówi, że to jedyny środek na jej cierpienia. Co zaś do modlitwy, to temu nie ma co przyganiać, mówi, że jest skupiona i zwrócona miłośnie do Pana Boga, bez żadnych wyobraźni i że coraz więcej skupiona im dłużej jest w samotności, która jej coraz więcej smakuje, myśli i akta medytacyjne nic jej nie pomagają a znowu mówi, że nie ma świadomie żadnego pociągu do żadnej rzeczy stworzonej czy przywiązania, zatem z tej strony wydaje się być wszystko w porządku.

Ks. proboszczowi wyjaśniłem com wiedział, żeby nie było nieporozumień, ale Albertus narobił sobie kłopotu, bo wywlekła tam jakoś Terenię z jej samotności, nadawała jej dużo roboty. Terenia dopuściła sobie do głowy, że musi się wywdzięczyć za to, że jej służą, że Albertyna niedołężnie rządzi, że wszędzie brudno, że Staśka wszędzie chodzi po domu, że Sióstr nie słucha, że nie piorą bielizny tylko przepłukują, że są wszy, że uszyć nie ma kto, że poobdzierane, więc poszła Terenia prać i uczyć Albertynę, jak co trzeba robić etc etc, ale już zgoda jakoś nastąpiła i trzeba myśleć, że będzie zgoda i spokój zdaje się burza przeminęła, podołałem jak mogłem.

O Jarosławiu i o Przemyślu napiszę Dynce jak jej list dostanę we Lwowie, może pod koniec przyszłego tygodnia zdążę do Krakowa, a jeżeli tam nie zatrzymają mnie Bracia czy magistrat, to prędko do Zakopanego.

Tymczasem zanim przyjadę, niech Dynka będzie spokojna i roztropna, niech się leczy wiele może i niech odpoczywa na świętej wolności i samotności, niech się nie udręcza, niech za dużo nie gada i bardzo ufa Panu Jezusowi.

Opiece Boskiej cały dom i wszystko i Dynę polecam.

Może bym co jeszcze napisał, ale już nie ma czasu, bo trzeba jechać. Dziś była Msza ś-ta.

Jarosław, piątek [10 maja 1907]

Nie wrzuciłem listu w Prusiu. Zaraz jadę do Przemyśla o 1.59. W Jarosławiu zdrowe Siostry i spokojne, proszę zaraz odpisać do Lwowa.”


 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.