Robert Bijas

Fotografia przyrody – moja pasja

Gazeta Horyniecka nr 55 / opublikowane za zgodą autora i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu, dokumentów i zdjęć bez zezwolenia jest zabronione.

Z zamiłowania jestem fotografem przyrody (nie tylko) i wędkarzem. Z zawodu zegarmistrzem. Miłość do przyrody wszczepiano mi delikatnie i sukcesywnie: najpierw babcia i wujek, potem nauczycielka biologii (przyrody) w podstawówce. I wtedy wsiąkłem na dobre. 

Jako dziecko każdą wolna chwilę spędzałem na dworze i w lesie (co przy moim bardzo skromnym wzroście było przejawem odwagi ze strony opiekunów).  Miałem duże szczęście do nauczycieli, poczynając od nauczycielki biologii i polskiego w szkole podstawowej po nauczycielkę języka polskiego w szkole zawodowej. Zawsze te lekcje były ciekawe i chciało się na nich być. Zwłaszcza lekcje biologii były bardzo ciekawe – gdy tylko zrobiło się troszkę cieplej lekcje mieliśmy w terenie.

Będąc w szkole zawodowej przy sanatorium w Otwocku też każdą chwilę spędzałem w lesie. Trudno inaczej, skoro las był dookoła nas, a sosny tak pięknie pachniały. Pamiętam jak dziś, gdy nauczycielka biologii poprosiła byśmy sobie wybrali jakieś zwierzę do obserwacji i obserwowali przez tydzień i potem te obserwacje opisali. Ja miałem skalniak i tam mieszkały winniczki. Ta praca mnie pochłonęła. Mierzyłem te ślimaki i mierzyłem jaja ślimaków. Badałem temperaturę otoczenia, itd. To mi się podobało bardzo.

Pewnego razu otrzymałem kilka numerów czasopisma „Poznaj swój Kraj”. Tam był artykuł o fotografii i rysunek chłopca stojącego przy statywie, patrzącego przez wizjer aparatu fotograficznego. Wpadłem.

Popielica, fot. Robert Bijas

Mama dość szybko kupiła mi mój pierwszy aparat fotograficzny Ami 66. Bardzo prosty w obsłudze, ale robiący zdjęcia całkiem dobre. Jak wszyscy najpierw fotografowałem najbliższą okolicę, potem nieco dalej, ale Ami to trochę było już mało. W tamtym czasie furorę robiła Smiena 8M 36×24 – mająca aż 36 klatek. To dawało coraz większe możliwości. Smieną 8M zarobiłem pierwsze pieniądze na fotografowaniu szkolnych imprez. Potem były Zenity i nauka u kolegi Zbyszka. Potem Minolta i Nikony. Nikonowi jestem wierny nadal. Ale pierwszy teleobiektyw podłączyłem do Zenita, był to obiektyw lustrzany 500 mm. Przy Minolcie było troszkę lepiej, niestety Tamron w tamtych czasach to była porażka. Niemniej wciąż próbowałem coś wycisnąć ze sprzętu, którym dysponowałem. Zacząłem nagminnie wałęsać się po lesie i tropić zwierzynę wszelaką. Tropy i ślady oglądałem i wąchałem  – czasami było to bardzo przykre – ale też bardzo pouczające. Wraz z rozwojem techniki fotograficznej i coraz lepszym poznawaniem przyrody pojawiły się coraz lepsze zdjęcia. Moja wiedza się pogłębiała. Byłem zafascynowany przyrodą. Z biegiem czasu poznałem wielu ciekawych ludzi. Postanowiłem wstąpić do Zamojskiego Towarzystwa Fotograficznego, wtedy jego prezesem był Stanisław Orłowski, który nauczył mnie patrzeć, widzieć i kadrować. Po kilku latach i namowach kolegów fotografów przyrody wstąpiłem do Związku Polskich Fotografów Przyrody Okręg Roztoczańsko Podkarpacki, prezesem wówczas był (i jest) Wiesław Lipiec. 

Jeżdżąc na plenery chłonąłem wiedzę przyrodniczą i fotograficzną. Uczestniczyłem w kilku wystawach i sam miałem też własne autorskie wystawy. Z biegiem lat udało się wydać moją pierwszą książeczkę o ptakach i ssakach Roztocza „Ptaki i ssaki Roztocza – przewodnik dla młodego obserwatora”. Z czasem wydałem kilka broszur popularnonaukowych o ptakach i ssakach. 

Suseł perełkowany, fot. Robert Bijas

Obecnie pracuję nad drugim wydaniem „Ptaki i ssaki Roztocza- przewodnik dla młodego obserwatora” oraz nad książką „Ssaki Roztocza i Lubelszczyzny”. Fascynują mnie drobne ssaki zwłaszcza nietoperze. Swoje fotografie i przeżycia umieszczam na stronie www.bijasphoto.net

Chciałbym jeszcze opisać jeden z wielu ciekawych epizodów, które zdarzały mi się podczas roztoczańskich wypraw fotograficznych. Rzecz będzie dotyczyła koszatki (małego gryzonia leśnego).To było wtedy, gdy już miałem jako tako ogarnięte popielice i orzesznice, teraz skupiłem się na koszatce. Nie, o popielicach nie zapomniałem. Zacząłem od lektury dostarczonej mi przez pracownika KUL. Po lekturze już wiedziałem, że to będzie droga przez mękę.

Rozpocząłem od rozpoznania środowiska życia koszatek. Wiedziałem, że zajmuje poziom niższy niż popielica i wyższy niż orzesznica. Las też już był inny niż w przypadku popielicy czy orzesznicy. Wytypowałem kilka miejsc, powiesiłem karmniki. Środowisko występowania koszatki to las mieszany z przewagą lasu jodłowego i świerkowego, gdzie świerki nie były dość dominujące ani dość wysokie. Codziennie jeździłem sprawdzać miejscówki. Nic. Zupełnie nic. Niektóre eliminowałem, część przeniosłem. Najczęściej były to ślady w postaci odchodów myszy. Mijały dni i tygodnie, miesiące. Upłynął rok. W tym czasie fotografowałem różne zwierzęta i ptaki. Ale nadal z uporem maniaka szukałem malutkiego zwierzaka z przepaską na oczach. Koszatka jest tylko troszkę większa od orzesznicy i też prowadzi nocny tryb życia a wbrew obiegowej opinii jest oportunistką. Zje owoce, chrząszcze i inne owady, nie pogardzi pisklętami, czy malutkimi myszami. Tak – jak myszy założą gniazdo gdzieś w jej pobliżu to młode są bardzo zagrożone. Dzieje się tak zazwyczaj, gdy brakuje innego pokarmu. Świat przyrody nie jest czarno biały i taki oczywisty jak to stara się nam to przekazać.

Pracuję dalej, powoli zaczyna mi brakować sił i środków. Auto trzeba zatankować, naprawić. Fotograf też nie jest ze stali i też choruje. Znajomy badacz ssaków mówi mi, a weź przenieś wszystkie karmniki o 5 metrów. I znowu jazda. W niektórych lokalizacjach pojawiły się popielice. Więc zmieniłem znowu położenie karmnika. To już drugi rok poszukiwań. Okazało się, że popielic mamy sporo. Kończy się drugi sezon. A ja dalej w przysłowiowym lesie. Dalej czytam. Wyznaczyłem na mapie teren zasięgu popielic. Ten teren wykluczam. Po zimie następuje wiosna. Ale wiosna inna niż wszystkie, nie było stanu przejściowego. Od razu lato. Jest wręcz upalnie. To już będzie mój trzeci rok poszukiwań. Nie używałem żywo łapek, bo nie mam stosownego zezwolenia ani nawet o to nie zabiegałem. Ja tylko zbieram materiał do książki. Pomagał mi wtedy kolega, a potem towarzyszył mi siostrzeniec.

Sarna – kozioł, fot. Robert Bijas

„Z tyłu głowy” nie dawała mi spokoju myśl. „Wróć do pierwszej lokalizacji tylko przesuń karmnik nieco”. Ta myśl nie dawała mi spokoju tak bardzo, że nie doczekałem spokojnie ranka tylko wstałem, nawet bez kawy. Coś mnie pchało w to miejsce. Można nie uwierzyć, ale mi się takie rzeczy dość często zdarzają.

Jestem na skłonie pagóra, wstaje dzień. Scyzorykiem odcinam karmnik. Spoglądam do koła, widzę gałąź młodego drzewa. I jak w bajce czuję, że to ma tu być. Umieściłem karmnik w nowym miejscu. Zostawiłem ślad zapachowy i odrobinę jedzenia. W końcu koszatka to nie tucznik. Rozejrzałem się raz jeszcze i już wiedziałem, gdzie postawić aparat i lampy.

Zadzwonił mój ulubiony badacz ssaków, Robert – przyjeżdżamy za tydzień. W tym czasie dalej sprawdzałem karmniki. Powoli zacząłem je usuwać. Pod jednym z nich – tym, do którego mnie ciągnęło rozsypałem testowo pokarm. Przyjeżdżam, karma leży, ale są też błyszczące odchody. Wącham, o nie śmierdzą jak mysie. Rozgniatam patyczkiem a one się dziwnie pokruszyły. Biorę szkło od makro i patrzę. Widać wyraźnie, że w odchodach są chitynowe skorupki owadów. Coś mi zaświtało. Czyżby? Regularność obserwacji to podstawa każdego badacza odkrywcy, nawet amatora fotografa.

Koszatka, fot. Robert Bijas

Już są studenci, doktor i doktorantka. Zadania przydzielone. Dostałem propozycje od doktorantki, żeby pojechać zobaczyć powierzchnię badawczą na której powinny być koszatki. Nigdy tam nie byłem, więc byłem podekscytowany. Przemierzamy las i zarośla. Budka po budce. Pustka. W jednej z budek znajdujemy przykry widok. Pięć zagryzionych jeszcze ślepych koszatek. Jest nam bardzo smutno. Idziemy dalej. W kolejnej budce popielica, ale w sąsiedniej jest!

Jest ONA. Koszatka. Śliczna, całkiem nowa (tak śmieję się, bo w ciągu lat badań naukowcy część tych pilchowatych wytatuowali). A tu nowa koszatka. „Wścieknięta” jak nie wiem co. Ważenie, mierzenie, czesanie. Jak by się na chwilę uspokoiła. Szybki tatuaż. „Proszę przynieś mi gałązkę brzozową tylko niezbyt cienką, to Ci pokażę coś” – mówi do mnie badaczka. Ja mam aparat w dłoni zwarty i gotowy. 

I zaczyna mi kobieta tłumaczyć. Każdy z pilchów (popielicowatych) ma na spodzie łapek opuszki, czyli modzele dzięki którym poruszają się sprawnie na gałęziach. Koszatka sprawnie porusza się po grabach, bukach, jodłach i świerkach, ale co się dzieje na gałązce brzozowej? Jestem spięty do granic możliwości, bo wiem, że to może się więcej nie powtórzyć. Stoimy tuż przy młodym buku bodajże. Koszatka zostaje wypuszczona na brzozową gałązkę. I… się zsuwa. Biedaczka nie może się wspiąć. Rozgląda się bacznie dookoła i skacze na gałąź obok. Robię szybki ruch do przodu i robię zdjęcie. Takie zdjęcie w dzień to normalnie profanum, ale teraz już wiem jak wygląda zwierzak któremu poświęciłem tyle czasu, zdrowia i pieniędzy. Zwierzak zniknął momentalnie w listowiu. Wracamy, mam dokument. Jak już pojawiliśmy się w zasięgu telefonii komórkowej dzwoni doktor. „Przyjedźcie na Bukową Górę. Ja poszedłem niżej do lasu chłopskiego”. W karmniku nie ma karmy, dokładam pół łyżeczki. Nadchodzi doktor z resztą ludzi. Opowiadam, że dziś powinienem tu zasiąść na koszatkę. Na co doktor, „To ty tu siedź a my jak skończymy to tu się położymy i będziemy sobie patrzeć”. Na tą zasiadkę wybrałem się z siostrzeńcem 11 latkiem wtedy. Przybyliśmy tuż przed zachodem słońca, rozstawiliśmy sprzęt fotograficzny. Nastało długie czekanie, stałem, siedziałem, leżałem. Młody też się położył i zakrył się od wszędobylskich komarów. Czekaliśmy, było gorąco. Ciemność kompletna zapadła w lesie, zameldował się jak zwykle puszczyk, borsuk przebiegł szeleszcząc liśćmi, lis przebiegając zatrzymał się na sekundę zerkając w naszą stronę. Ciszę przerwał kwik wydzierający się z wielu dzikowych gardzieli. Kwikanie, chrumkanie połączone z łamaniem gałęzi spowodowało w lesie duży chaos i niepokój. Odwróciłem się ze szperaczem w stronę dzików. Światła jeszcze nie świeciłem. Gdy się pojawiły, były jakieś dwadzieścia metrów od nas. Gdy zabłysło światło dziki zatrzymało niczym na ścianie. Młody podniósł głowę. Dziki w tym momencie nagle zawróciły i biegiem puściły się w dół pagóra. Znowu nastała cisza. Dochodziła dwudziesta druga. Już obaj staliśmy skupieni. W oddali słychać ludzi. To studenci z doktorem się zbliżają.

Orzesznica, fot. Robert Bijas

Gdzieś z mroków lasu po gałązkach tylko nieco grubszych od zapałki idzie ONA. Widzimy, jak się zbliża. Jest bardzo ostrożna, każdy ruch ma sprawdzony, widoczne to jest w momencie, gdy stawia łapki na gałązkach. Skrada się. Pojawia się na w miarę otwartej gałązce. To ta co mi się tak podobała. Robię zdjęcie, młody też. Wzięła co chciała i zniknęła bezszelestnie. Czekamy parę minut i nic, cisza. Są już studenci. Rozłożyli się na ścieżce obok. Mamy jeszcze nadzieję. Pokazuję doktorowi fotki. Cieszymy się wszyscy po cichutku. Dalszego ciągu jakoś nie widzę. Mówię, że to chyba koniec. Zdjąłem już lampy błyskowe, schowałem aparat swój do plecaka. Młody też już spakowany. Odwracam się do doktora i mówię – czuje jak coś na mnie patrzy. Doktor odpowiada to musi coś w tym być. Czuję, jak młodziak opiera obiektyw na moim ramieniu i cyka zdjęcie. Rany, kiedy to dziecko złożyło sprzęt? Nastaje cisza. Młody z budyniem na twarzy pokazuje mi zdjęcia na wyświetlaczu. No ma, ma koszatkę. 

To była piękna przygoda. Tropienie i fotografowanie dzikich zwierząt. Bajka. Kocham to.

__________________________

Autor zaprasza na wyprawy fotograficzno przyrodnicze. Kontakt na stronie www.bijasphoto.net

(c) Gazeta Horyniecka

Kopiowanie i udostępnianie publiczne artykułu (w całości lub w części) bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.