Stanisław Baran, Janusz Mazur

Deutschmeistrzy na Roztoczu

Gazeta Horyniecka nr 49 / opublikowane za zgodą autorów i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu bez zezwolenia jest zabronione.

Wielka Wojna z lat 1914-1918 wyniszczyła Europę. W efekcie jednak przyczyniła się do odrodzenia wielu państw narodowych, w których gronie znalazła się również Polska. Z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości warto przytoczyć mało znane fakty z dziejów I wojny światowej, które rozegrały się na Roztoczu. W pierwszych dniach konfliktu, czyli w połowie sierpnia 1914 roku, w okolicach Narola, na dawnej granicy zaborów, a współcześnie między powiatem lubaczowskim i tomaszowskim, doszło do intensywnych walk między wojskami austriackimi i rosyjskimi. Aktywną rolę odegrał w nich wiedeński 4. pułk piechoty „Hoch- und Deutschmeister”. Poniżej przedstawiamy tłumaczenie obszernego fragmentu książki poświęconej dziejom tego pułku, zatytułowanej: Die Deutschmeister. Taten und Schicksale des Infanterieregiments Hoch-und Deutschmeister Nr. 4 insbesondere im Weltkriege (Deutschmeistrzy. Czyny i losy 4. pp. „Hoch- und Deutschmeister” szczególnie w czasie wojny światowej). Publikacja opracowana została przez trzech autorów: Maxa Hoena, płk. Josefa Waldstäten-Zipperera i mjr. Josefa Seiferta i ukazała się we Wiedniu w 1928 roku, czyli dokładnie 90 lat temu.

Wiedeński 4. pułk piechoty posiada bogate tradycje sięgające końca XVII wieku i prowadzonych przez Austrię wojen z Turcją. Nazwę: „Hoch- und Deutschmeister” zawdzięcza tytularnemu dowództwu, które sprawował początkowo Wielki Mistrz Zakonu Krzyżackiego („der Hochmeister des Deutschen Ordens“),a później arcyksiążę z cesarskiej rodziny Habsburgów. W składzie jednostki z założenia przeważali żołnierze narodowości niemieckiej. Służyło w nim również wielu Czechów i Polaków. Swe pierwsze doświadczenia wojskowe zdobywał tam późniejszy Marszałek Polski Edward Śmigły-Rydz.

Od końca XIX wieku pułk ściśle związany był z cesarskim Wiedniem, gdzie znajdowały się jego koszary. Była to więc elitarna, dworska jednostka. Wedle opinii Stanisława Reychana, znanego malarza i aktywnego uczestnika życia artystycznego Wiednia przełomu XIX i XX wieku – „pułk uchodził za dobry, ale miał [w swym składzie] dużo szumowin wiedeńskich”. Trzymał ich żelazną ręką dowódca pułku płk Ludwig baron von Holzchausen, jak się wkrótce okaże bohater walk pod Narolem.

W stolicy cesarstwa austro-węgierskiego pułk odgrywał istotną rolę także w zakresie podtrzymywania wielkomocarstwowych tradycji. W centrum Wiednia, przed gmachem austriackiego Ministerstwa Obrony stoi wzniesiony w końcu XIX wieku pomnik „Deutschmeistrów”. Przy pułku utrzymywana była znakomita orkiestra wojskowa, która istnieje do dziś, prezentując się w historycznych mundurach – jasnoniebieskich uniformach ze złotymi guzikami.

Z Wiednia, już po kilku dniach od momentu wypowiedzenia wojny, dokładnie 8 i 9 sierpnia 1914 roku, 4. pułk piechoty „Hoch- und Deutschmeister” został przerzucony do Jarosławia. Nie była to cała jednostka, a jej większa część: II i III batalion (łącznie osiem kompanii) ze sztabem i dwoma oddziałami karabinów maszynowych. Z Jarosławia – zgodnie z przytoczonym poniżej tekstem – skierowany został dalej na północny-wschód, nad granicę między zaborem austriackim i rosyjskim. Marszem pieszym oraz koleją oddziały przemieszczały się w kierunku Oleszyc, Lubaczowa, Baszni Dolnej, by przez Brusno Nowe, Łówczę w dniu 14 sierpnia dotrzeć do Rudy Różanieckiej i Narola. Przebycie w ciągu kilku dni długiej trasy obfitowało w wiele wydarzeń, które odnotowali autorzy książki (m. in. trudna sytuacja sanitarna, czy inspekcja dowódcy 4. Armii austro-węgierskiej gen. Moritza Rittera von Auffenberga).

Zadaniem pułku była ochrona mobilizujących się wojsk austro-węgierskich i współdziałanie z 6. dywizją kawalerii gen. Oskara Wittmanna, której pułki stacjonowały pierwotnie w Jarosławiu i Rzeszowie. Obydwie jednostki miały też za zadanie rozpoznać siły rosyjskie po drugiej stronie granicy. Ich przeciwnikiem był początkowo 15. pułk kozaków dońskich, którego garnizon znajdował się w Tomaszowie Lubelskim, a później cała 1. dywizja kozaków dońskich, która 10 sierpnia przesunięta została spod Zamościa nad granicę.

Kozacy dokonywali wielu wypadów na teren Galicji, siejąc postrach wśród miejscowej ludności. W dniu 14 sierpnia spalili częściowo Bełżec, a ich patrole dotarły zapewne aż do Rudki pod Nowym Brusnem, gdzie tego samego dnia zetknęły się z piechurami „Deutschmeistrów”. Był to dla wiedeńczyków chrzest bojowy przed czekającą ich następnego dnia pierwszą bitwą. Według ks. Michała Kaspruka, który spotkał się z „Deutschmeistrami” jeszcze podczas ich pobytu w Lubaczowie: „pragnęli [oni] jak najprędzej zetknąć się z Moskalami. Podrwiwali sobie z armii rosyjskiej. Mówili: „ven wir die find, das Vaterland ist gezeltet” („Kiedy ich dopadniemy, Ojczyzna będzie uratowana”). Optymistyczne nastroje wiedeńczyków już wkrótce miały być skonfrontowane z twardą rzeczywistością.

Pierwsza większa walka stoczona przez 4. pułk piechoty „Hoch- und Deutschmeister” miała miejsce pod Narolem. Autorzy książki o pierwszowojennych zmaganiach tej jednostki przyjęli właśnie nazwę tej miejscowości, jako określenie bitwy. Zasadniczo jednak pole walki rozciągało się już po rosyjskiej stronie rozbiorowej granicy, na północ od Podlesiny, w pasie między Łosińcem i Pasiekami na zachodzie i Jeziernią na wschodzie, a więc kilka kilometrów na południe od Tomaszowa Lubelskiego.

Autorzy tekstu – przedstawiając wydarzenia z punktu widzenia strony austriackiej – opisują udział „Deutschmeistrów” w bitwie pod Narolem w korzystnym świetle, mając jednak świadomość braku ostatecznego sukcesu. W opracowaniach rosyjskich historyków dostrzega się raczej ich dotkliwą klęskę. Spektakularnym wyrazem tej porażki była śmierć na polu walki dowódcy pułku – płk. Ludwiga barona von Holzhausena. W kontekście różnych punktów widzenia zamieszczony poniżej opis starcia pod Narolem wymaga dokonania w przyszłości dogłębniejszej analizy, która w możliwie obiektywny sposób ukazałaby to wydarzenie.

Bitwa pod Narolem rozegrała się 15 sierpnia 1914 roku, w święto Wniebowzięcia Matki Bożej. Plan działań wojsk austriackich przyjęty zapewne przez dowódcę zgrupowania gen. Oskara Wittmanna zakładał dokonanie rozpoznawczego ataku na Tomaszów Lubelski przez położone na jego południowym i zachodnim przedpolu wsie. Były to wówczas (i są nadal) tereny silnie zalesione. Z jednej strony lasy mogły ułatwić natarcie, ale z drugiej stanowiły doskonałe zabezpieczenie dla obrońców. A byli nimi dobrze zorientowani w terenie spieszeni kawalerzyści z 1. dywizji kozaków dońskich, wsparci przez artylerię.

Oddziały austriackie podzielone zostały na trzy grupy szturmowe. Centrum ugrupowania znajdowało się w pobliżu Podlesiny. Tutaj pod dowództwem płk. Holzhausena stanowiska zajął II batalion, którego celem było opanowanie folwarku Rabinówka pod Tomaszowem Lubelskim. Na lewym skrzydle ulokowany był III batalion pod dowództwem mjr. Josefa Waldstäten-Zipperera, który zamierzał po przejściu granicy zająć wieś Maziły i wzgórze pod Łosińcem. Na prawym skrzydle od strony Bełżca atakować miały oddziały kawaleryjskie wzmocnione jedną kompanią piechoty.

Atak rozpoczął się przed południem. Oddziały lewego skrzydła szybko opanowały Maziły, ale centrum ugrupowania wpadło w zasadzkę i znalazło się pod niespodziewanie silnym i celnym ostrzałem karabinowym i artyleryjskim. W ciągu pierwszej godziny natarcia Deutschmeistrzy ponieśli w lasach między Podlesiną a Jeziernią duże straty. Płk Holzhausen próbował koordynować atak dwóch sąsiednich kompanii i nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo przebywał na pierwszej linii. Ryzyko przypłacił życiem. Poniżej przytoczony tekst oddaje tragizm tej sytuacji. Można go jeszcze uzupełnić słowami Maxa Mella, autora innej książki o „Deutschmeistrach“ (M. Mell, Heldentaten der Deutschmeister 1697-1914, Leipzig 1915, fragment ze s. 41-42, tłumaczenie S. B.): „[Płk Holzhausen] był ostrzegany, aby się zbytnio nie eksponował,- odpowiedział: >>Oni nie trafią, strzelają zbyt wysoko!<< Po chwili trafiły go dwa strzały; jeden w pierś, drugi w szyję”. Śmierć pułkownika i kilku oficerów z jednej strony zadziałała deprymująco na żołnierzy, ale też wywołała chęć odwetu.

Po krótkiej przerwie, po południu walki rozgorzały na nowo. „Deutschmeistrzy” dążyli do zajęcia Tomaszowa i zaciekle atakowali Pasieki. Jednak wobec zmiany planów operacyjnych ze strony gen. Wittmanna, „Deutschmeistrzy” musieli opuścić zdobyte tereny. W trakcie przegrupowywania oddziały austriackie zostały zaatakowane przez Rosjan, dostały się pod silny ostrzał i ponownie poniosły dotkliwe straty.

Według relacji strony rosyjskiej w bitwie narolskiej zginęło łącznie obok dowódcy ponad 100 żołnierzy, a oddziały austriackie w nieładzie miały cofnąć się do Narola; niektórzy piechurzy w panice dotarli nawet do Cieszanowa. Przytoczony tekst nie wspomina o tym fakcie, a nawet dowodzi, że mimo dotkliwych strat – śmierci 3 oficerów i 24 żołnierzy oraz wielu rannych, oddziały zdołały opanować folwark Rabinówka, a nawet wieś Pasieki. Dopiero na rozkaz dowodzącego całym zgrupowaniem gen. Wittmanna „Deutschmeistrzy” pod naporem Rosjan wycofali się do Narola. Uniknęli rozbicia, choć nie brakowało momentów krytycznych (zagrożenie utraty sztandaru). Zasadniczo wykonali więc swoje główne zadanie, choć nie opanowali tego dnia Tomaszowa Lubelskiego. Po wzmocnieniu sił zamiar ten dało się zrealizować Austriakom dopiero 18 sierpnia.

Płk Ludwig baron von Holzhausen (1861-1914) wszedł do legendy 4. pułku piechoty „Hoch-und Deutschmeister”. Barwnie opisane w poniżej przytoczonym tekście okoliczności jego śmierci na polu chwały odbiły się szerokim echem w całym cesarstwie. Był to jeden z pierwszych oficerów o tak wysokiej randze, który poległ w Wielkiej Wojnie. Tragiczne wydarzenie zostało odnotowane na czołówkach prasy wiedeńskiej. Na łamach „Österreichische Volks-Zeitung“ (wtorek, 19 sierpnia 1914 r.) napisano, że dowódca „Deutschmeistrów“ został zastrzelony w zasadzce podczas wizytacji przedpola walki. „Volksblatt für Stadt und Land“ (sobota 23 sierpnia 1914 r.) na podstawie dostarczonego sprawozdania stwierdził również, że płk Holzhausen poległ od kuli, która trafiła go z zasadzki, ale zauważono przy tym, że żadna z osób jego sztabu nie została w tym czasie ranna.

Exif_JPEG_PICTURE
Płk Ludwig baron von Holzhausen

Ponadto napisano: „jest to tragiczne zrządzenie losu, że pułkownik (dowódca regimentu) jako pierwszy poległ na polu chwały. Pułk w chwili wypadku nie znajdował się w walce”. Ta ostatnia uwaga, odbiegająca od przytoczonego poniżej tekstu, nadaje sprawie śmierci pułkownika drugie dno. Pisze o nim w swych wspomnieniach malarz Stanisław Reychan. Wzmiankując znaną w Wiedniu postać płk. Holzhausena, wspomniał, iż „to o nim plotkowano, że został zastrzelony przez własnych żołnierzy: możliwe”. Wersja o zabójstwie dowódcy, który, trzymając pułk w karności, mógł nie być lubiany przez niektórych podwładnych, jest więc prawdopodobna. Należy jednak mieć zawsze na względzie zamieszanie na polu walki, którego efekty są trudne do przewidzenia. Oczywiście bardziej do legendy płk. Holzhausena pasują heroiczne okoliczności jego śmierci.

Ciało pułkownika nie zostało pod Narolem. Przewieziono je do Lubaczowa, gdzie na starym cmentarzu odbył się skromny pogrzeb. Po zakończeniu wojny szczątki oficera zostały ekshumowane i uroczyście pochowane w Wiedniu. W wiedeńskim Muzeum Historii Wojskowości eksponowany jest krzyż nagrobny i tablica epitafijna z 1928 roku, na której widnieje nazwa „Narol”, miejsce śmierci płk. Ludwiga barona von Holzhausena. Może się o tym przekonać każdy, kto odwiedzi mury tego muzeum.

Tablica nagrobna płk. Ludwiga von Holzhausena.jpg
Tablica nagrobna płk. Ludwiga von Holzhausena

Fragment książki: M. Hoen, J. Waldstätten, J. Seifert, Die Deutschmeister. Taten und Schicksale des Infanterieregiments Hoch-und Deutschmeister Nr. 4 insbesondere im Weltkriege, Vien 1928, s. 53 – 66; tłumaczenie Stanisław Baran:

[Rozdział:] Wojna przeciwko Rosji – od wybuchu do 10. maja 1915, droga przemarszu II. i III. batalionu w dniach 8 – 14 sierpnia 1914 roku

Żołnierze II batalionu, jako pierwsza sztafeta pułku przybyli około południa 8 sierpnia [1914 roku] do Jarosławia. Powitani zostali przez przybyłego tu wcześniej kwaterunkowego, kapitana Karla Gmeinera, który skierował jednostkę do koszar kawalerii na kwaterunek. Pod wieczór przybył tu jeszcze sztab pułku i obydwa oddziały karabinów maszynowych. Następnego, niedzielnego poranka sztab pułku i II batalion wyruszył przy dźwiękach muzyki w kierunku na Lubaczów. Witała ich sympatycznie miejscowa ludność. Dalej droga prowadziła przez San, Narol i Bełżec do Rosji. Początkowo dotarli do Makowiska, gdzie rozbito obóz. Dowództwo pułku i sztab ulokowali się w szkole i na plebanii [greckokatolickiej] w tej miejscowości. We wsi panowała zakaźna dyzenteria [czerwonka bakteryjna].

Dnia 10 sierpnia 5. i 6. kompania przesunęła się pod pałac w Surochowie do bezpośredniego zabezpieczenia 25. dywizji i dowództwa 50. brygady. Wkrótce w otwartym obozowisku poznano warunki klimatu kontynentalnego. Po gorącym dniu nastąpiła bardzo zimna noc. Aby uchronić się od zakażenia czerwonką, wodę musiano dowozić z Jarosławia, na pocieszenie tych trudów przychodziła niejedna beczułeczka z piwem „Fasserl Bier”. Krążyła wiadomość, że Rosja nadciąga z olbrzymią masą kawalerii i niebawem Galicję zaleją Kozacy. W tym napiętym oczekiwaniu łatwo wybuchał ślepy alarm. Nie obeszło się bez tego w II. batalionie. Zaraz pierwszej nocy dwa spłoszone konie zerwały się wywołując wiele zamieszania, posterunkowy z przestrachu otworzył ogień do domyślnych Kozaków. W czasie tych spokojnych dni sposobiono rezerwistów do wojskowego życia i marszowych trudów z ciężkim ładunkiem i w nowych butach. Dowódca 4. Armii, generał piechoty Ritter von Auffenberg przyjechał tu [do Surochowa] na inspekcję batalionu, kontrola wypadła zadowalająco.

Nie bardzo powiodło się III. Batalionowi; po rozładowaniu [w Jarosławiu] 9 sierpnia po południu otrzymał on rozkaz bezzwłocznie dołączyć do 6. kawalerii dywizji, która stała na straży granicy na odcinku Lubaczowa. Do późnego wieczora pokonano dystans ok. 20 km na biwak nocny aż do Lubaczówki. Rankiem 10 sierpnia wyruszył dalej na Oleszyce, tym razem dystans 14 km. Tu dowództwo nad 11. i 12. kompanią objął dowódca kawalerii, płk Leiter. Druga połowa batalionu udała się na dłuższy odpoczynek na skraju miejscowości [Oleszyce], ale niebawem nadszedł rozkaz: „W okolicy Rudy Różanieckiej wdarły się masy wrogiej kawalerii. Połowa batalionu ma być podporządkowana 6. pułkowi dragonów w Lubaczowie i razem przez Cieszanów mają wyruszyć na Rudę Różaniecką”.

Po niespełna dwóch godzinach osiągnięto Lubaczów, okazało się, że był to znowu ślepy alarm. Obydwie grupy w Oleszycach i Lubaczowie wzmocniły zabezpieczenia stanowisk obrony kawalerii. W potyczkach na granicy [austriacko-rosyjskiej] Rosjanie byli w znacznie lepszej sytuacji. W okresie pokoju stały ich wojskowe posterunki wzdłuż granicy, przez to mieli dobre rozeznanie w terenie, który był w większości zalesiony. Kozackie oddziały walczyły przeważnie pieszo, konno tylko w czasie grupowego natarcia. W zakładaniu pułapek byli znakomicie wyszkoleni. Liczni mieszkańcy przygranicznych osiedli byli zdradziecko nastawieni do austro-węgierskich patroli, utrudniali im zadanie rozpoznawcze. I tak, 13 sierpnia chłopski młokos za sztukę złota zdradził 6. szwadron 11. pułku dragonów pod Narolem. W niespodziewanym, podwójnie silniejszym i przeprowadzonym z zaskoczenia ataku, szwadron stracił rotmistrza, dwóch oficerów i połowę drużyny.

W dniu 15 sierpnia, wysunięte do przodu dywizje kawalerii miały przekroczyć granicę i przeprowadzić rozpoznanie terenu nieprzyjaciela. Do tego zadania skierowano o godzinie 7.00 rano 14 sierpnia 6. dywizję kawalerii i II batalion ze sztabem pułku, który wysłano koleją do Baszni Dolnej. Tutaj dołączył mjr Josef Freiherr von Waldstätten-Zipperer [współautor książki] z 10. kompanią. Oddział karabinów maszynowych i 9. kompania wzmocniła kawalerię, tworząc lewe skrzydło przesunęła się w kierunku Rudy Różanieckiej. Większa część dywizji z Baszni Dolnej i brygada płk. Leitera z Oleszyc maszerowały do Narola. O godzinie 10.00 marsz oddziałów przez wzgórza koło Łówczy doszedł pod Narol. Patrol idący przodem nie dostrzegł wroga.

O godzinie 3.30 po południu w okolicy Rudki padły pierwsze strzały. 5. kompania ruszyła do walki, Kozacy ustąpili po wzorowym natarciu 4-go szwadronu z 8. pułku dragonów. Im bliżej granicy, tym więcej widocznych było w dali płonących zagród. Świadczyło to, że strach ludności przed Kozakami był uzasadniony. Nie tylko plądrowali, ale też podpalali budynki nie służące za punkty obserwacyjne. Wzruszającym widokiem północnych pól bitewnych były piece kuchenne ze sterczącymi obok kominami a przy nich załamani mieszkańcy, którzy uszli z życiem przed Rosjanami.

Pod wieczór 14 sierpnia pułk „Deutschmeister” zajął wzgórza na południe od Narola, tym zabezpieczył rozłożoną tam kawalerię. Tak przygotowano pozycje wyjściowe do natarcia na olbrzymie Cesarstwo Rosyjskie.

[Rozdział:] Bitwa pod Narolem. Podlesina – Maziły – Pasieki. 15 sierpnia 1914 roku

W dniu 15 sierpnia z opóźnieniem przyszedł rozkaz do wymarszu. Tak, że bez śniadania wyruszono już o godzinie 4.00 wcześnie rano do przekroczenia Tanwi. Za patrolem kawalerii pułk „Deutschmeister” zajął ostatnie wzgórze skąd rozciągał się widok na Narol. Miejscowość ta bez ruchu i życia sprawiała wrażenie jakby wymarła. Kilka kozackich patroli zostało przepędzonych z okolicy. Nasza piechota szerokim frontem przeszła przez tę miejscowość, a za nami większość konnicy z artylerią. W czasie wkraczania na wzgórze po drugiej stronie Narola doszedł meldunek, że silne oddziały kawalerii wroga z działami gotowymi do ataku ulokowały się w naprzeciwko leżących lasach. Wszystkie wojska przygotowywały się na ich powitanie. O godzinie 9.00 rano w kołyszących się łanach zbóż stały jednostki gotowe do boju: dowództwo naszego pułku, dalej 6., 7. i 8. kompania łącznie z oddziałem karabinów maszynowych II batalionu, oddział pionierów i muzyków naszego pułku w punkcie trygonometrycznym 310 na północ od Narola. III batalion i 10. kompania obok na tej wysokości, 11. i 12. kompania były jeszcze w marszu, a 6. dywizja kawalerii została z tyłu jako zasadzka. Zaś 5. kompania dołączyła do wycofującej się w kierunku Bełżca brygady kawalerii Leitera. W czasie pory obiadowej dołączono do dywizji kawalerii bez starcia z wrogiem.

losiniec.jpg
Wojskowa mapa austriacka z 1914 roku (ze zbiorów Pawła Rydzewskiego)

W Dzień Wniebowzięcia Maryi Panny w całej okolicy panował świąteczny spokój. Świetlisty blask z niebieskiego firmamentu raził gorącem letniego upału. Ciemne ściany lasów przy i za granicą groziły tajemniczo w naszym kierunku, one kryły wroga, wiedziano, że oprócz małych oddziałów piechoty są tam jeszcze ukryte co najmniej brygada ułanów, dywizja kozaków dońskich, pułk piechoty i liczna artyleria, wszyscy gotowi do natarcia. W następnych godzinach powinien nastąpić chrzest bojowy obydwu batalionów. Doniosłość tej chwili dotarła do świadomości każdego z nas w momencie kiedy kapelan Ferdinand Merna uroczyście udzielał błogosławieństwa i generalnej absolucji [rozgrzeszenia]. W czasie tego świętobliwego obrządku przypędził dragon wymachując czapką kozacką. To jest pierwsza zdobycz! Po chwili trzy [kolumny] konnicy przesunęły się między lasem pod Jeziernią a lasem pod Łosińcem, aby otworzyć bramy w głąb terenów obsadzonych przez wroga.

Pułkownik Ludwig Freiherr [baron] von Holzhausen prowadził grupę II batalionu w kierunku lasu pod Jeziernią przez Podlesinę. Major Waldstätten-Zipperer lasami pod Kałasznią przedzierał się w kierunku na Maziły. Jedni mieli dotrzeć do folwarku Rabinówka za lasem Jeziernia, celem drugich było wzgórze pod Łosińcem. Patrol II batalionu, 7. kompania i oddział pionierów dotarł o godzinie 10.00 do granicy Cesarstwa Rosyjskiego koło Podlesiny. Patrole meldowały, że las naprzeciwko jest zajęty przez wroga. Gdziekolwiek próbowano wedrzeć się do lasu na odcinku 4 km pod Jeziernią, nie pozwalały im na to błyski wystrzałów z naprzeciw. Dowódca pułku podjął natychmiast decyzję aby II batalion rzucić do natarcia na prawe skrzydło wroga. W czasie wydawania rozkazów uderzył niespodziewanie silny ogień piechoty. Większość walk rozegrała się wśród lasów, to też ich przebieg nie może być szczegółowo oddany. Pewnym jest, że 7. kompania wyparła wroga z naprzeciwka, ale ciągle trafiała na nowe ogniska oporu Rosjan, którzy zagnieździli się wysoko w koronach drzew i znienacka otwierali ogień. Kompania w szturmowym natarciu nigdzie nie zatrzymywała się na dłużej. Po krótkim ataku ogniowym przechodzono do walki wręcz na bagnety przełamując wrogie linie, w pościgu za cofającymi się deptano im po piętach. W tym czasie oddział pionierów zbierał osobliwe owoce z drzew, łącznie prawie 60 zestrzelonych.

Po godzinnej walce 7. kompania posunęła się do przodu o 2000 kroków na północny skraj lasu. Pułkownik Holzhausen posuwał się tuż za linią tyraliery, lewą flankę zabezpieczał oddział pionierów w połączeniu z III batalionem, który zostawał nieco w tyle. Pułkownik kroczył skrajem lasu od żołnierza do żołnierza ze słowami pochwały za ich dzielność, okrzyki na jego powitanie rozchodziły się echem. W trosce o 8. kompanię, która utknęła w lesie, znalazł się na jej lewym skrzydle w momencie, gdy ruszali do boju na bagnety. W tej chwili wroga kula trafiła go w tętnicę szyjną, zamykające się jego oczy widziały jeszcze sukces szturmujących „Deutschmeistrów”, tak wypełnił się jego bohaterski los. Innym poległym był porucznik rezerwy dr Franz Hajiczek z 7. kompanii, który poległ prawie równocześnie z dowódcą pułku. Był to wspaniały oficer zasłużony też w czasie pokoju. Oddział karabinów maszynowych nie znalazł sposobności do walki w lesie, teraz został podciągnięty i dostał się w omyłkowy ogień, od którego śmiertelnie ranny został plutonowy Franz Schmidt i kapral Ferdynand Linhart. W nieprzejrzystych, leśnych warunkach bitwy małe zamieszanie [przez omyłkowe ostrzeliwanie swoich] mogło by spowodować wielkie straty.

W ostatnim ataku 8. kompania przepędziła sotnie Kozaków pod Jeziernią, dalej, pod dowództwem majora Nauheimera ścigano ich aż do folwarku Rabinówka. O godzinie 11.30 zajęto folwark. W tym samym czasie III batalion zwycięsko zakończył walkę. Wracający batalion z Kałaszni usłyszał strzały karabinów maszynowych z kierunku Podlesiny. Po chwili, zboczami za cerkwią w Maziłach, szwadron 6. pułku dragonów w czasie ucieczki do wsi, kryjąc się przed ogniem Kozaków, wpadł w ich zasadzkę. Batalion, przez Maziły i las, trafił na rozlewisko potoku szerokiego na 2000 kroków. Ta przeszkoda nie dała się przejść w bród. O godzinie 10.45 w lasach na północ od Podlesiny szły ciężkie boje, konieczne było tam wsparcie.

Major Waldstätten-Zipperer postanowił całą grupę przeprawić przez most na wzgórze 330. 12. kompania i dwa oddziały karabinów maszynowych mogły szybko dostać się na to wzgórze, szwadron dragonów miał rozpoznać sytuację w Łosińcu. 11. kompania miała dołączyć do 12. za mostem, 10. jako rezerwa na lewym skrzydle odpierać ataki z lasu za Łosińcem. Przed dowództwem batalionu po wejściu na wzgórze ukazał się wstrząsający widok. Leżące tu ciała poległych żołnierzy w poprzedniej potyczce były rozebrane do naga, ich niebieskie bluzy i czerwone spodnie były porozrzucane w koniczynie. Buty i bielizna zostały zabrane przez Kozaków. Batalion był jeszcze w marszu, z lasu blisko Łosińca dochodziła ostra strzelanina piechoty, wroga nie było widać. 10. i 11. kompania formowały się do ataku z lewej. Oddział karabinów maszynowych galopem pędził z powrotem na Maziły, aby ukrytego w lesie wroga wziąć w ogień flankowy. Równocześnie 12. kompania, która była już z przodu otrzymała zadanie wysłać dwa plutony na północną flankę wroga.

Z pieśnią pułkową „Die Deutschmeister” posuwano się w kierunku lasu (…) na Łosiniec, aby stamtąd wypłoszyć wroga (…). W międzyczasie 11. i 10. kompania zbliżyły się na 600 kroków do pozycji wroga, teraz nie było już powstrzymania. Rzucili się do walki na bagnety, Rosjanie nie mogli stawić czoła; w lesie pozostały zwłoki poległych i ranni szturmujący żołnierze.

O godzinie 11.30 w II batalionie nastąpił spokój. Major Waldstätten-Zipperer postanowił ze swoim III batalionem podejść na wzgórze 336, leżące na południe od Pasiek, by utworzyć drugi przyczółek dla kawalerii. Marsz w tym kierunku nie posunął się daleko, gdy przyszedł rozkaz od majora Nauheimera, aby zająć stanowisko jako rezerwa, w odległości 1000 kroków za II batalionem. Tak uformowany pułk miał posuwać się w kierunku na Tomaszów, głównej miejscowości na odcinku granicznej pozycji wroga.

Przegrupowanie oddziałów było koniecznością wobec wyczerpania sił wszystkich sześciu kompanii. Przerwę na odpoczynek wykorzystano, aby zorganizować furmanki do wywózki rannych zebranych z pobojowiska i ulokować ich na placu pomocniczym. Zabrano też zwłoki poległego pułkownika. W honorowym milczeniu i głębokiej zadumie podniosły się odpoczywające oddziały, aby oddać należną cześć poległemu bohaterowi.

Wróg zostawił nas w spokoju. W głębi pola walki obserwowano oddalające się sotnie Kozaków, oddział karabinów maszynowych przyspieszył ich tempo ucieczki. Wreszcie przybyły oczekiwane z tęsknotą kuchnie polowe, jednak w tym samym czasie przyszedł rozkaz od dowódcy dywizji kawalerii [gen. Oskara Wittmanna], aby poprowadzić pułk prawą stroną drogi Bełżec – Jeziernia, a więc w kierunku odwrotnym. Natomiast major Nauheimer chciał wykorzystać dobry, waleczny nastrój swej kompanii i iść na Tomaszów. Jednak dowódca dywizji postawił na swoim bez podania uzasadnienia, co przyniosło straszliwy skutek. Rosyjskie baterie rozłożone pod wsią Pasieki siały pociskami na całą okolicę (…).

6. kompania nie miała szczęścia. Jej dowódca, kapitan Otto Claus, który bardzo przeżywał śmierć poległego pułkownika Holzhausena, nosił się z zamiarem zemsty przez natarcie na Tomaszów. Jednak rozkaz do odwrotu odczuł boleśnie i zwlekał z przekazaniem go swoim ludziom. Wykonanie tego rozkazu było bowiem trudne, powodowało zamieszanie. Jednostki rosyjskiej piechoty i artylerii z Tomaszowa przybyły ze wsparciem pod Łosiniec (…).

Kapitan Claus stojąc, bohatersko kierował ogniem przeciw nacierającym Rosjanom. Niespodziewanie szrapnel trafił go w pierś, z każdym oddechem strumień krwi tryskał z jego rany. Oddał jeszcze pięć strzałów w kierunku Kozaków, po czym padł ze słowami: „Deutschmeister haltet euch brav!” [„Deutschmeistrzy” trzymajcie się dzielnie!]. Kozaków odparto. Podporucznik Gustav Wotke został trafiony pociskiem, obydwie wargi miał przedziurawione.

PorucznikMiksch przejął teraz dowództwo, nie był zorientowany w sytuacji, myślał, że nacierają w kierunku Tomaszowa (…). Ratować sztandar! – była to myśl przewodnia dla nas wszystkich w tym momencie wielkiego zagrożenia. Z pomocą kadeta o nazwisku Anton Bambula sztandar udało się zabezpieczyć. W tym zupełnym zamieszaniu zorientowano się, że znajdują się w pobliżu granicy, w okolicy płonącej wsi Podlesina (…).

Dowódca dywizji, który planował zająć pozycje pod wsią Chyże koło Bełżca, wskutek szerzących się, przerażających wieści o stratach zdecydował się na odwrót do Narola. Pion dowództwa na początku wojny nie funkcjonował należycie (…).

Wysłany na zwiad do Pasiek kadet aspirant Franz Frimmel stwierdził, że Rosjanie są tam dobrze zamaskowani, zajmują stanowiska na dachach, na drzewach, w stogach słomy. Major Glasenapp wydał natychmiast rozkaz do ataku na tę wieś. Łącznie z oddziałem karabinów maszynowych kapitana Hugo Nedjela „Deutschmeistrzy” z pobłażaniem śmierci rzucili się szturmem do ataku w rażący ogień wroga. Zacięte walki toczyły się między zabudowaniami – wyparto Rosjan z Pasiek. Podporucznik Zerner padł ciężko ranny, trafiony w szyję ze słowami: „przykro jest umierać w pierwszym boju, ale wróg jest odparty dzięki Bogu. Z chęcią umieram”. Przed odwrotem do Narola kompania miała zebrać się na skraju lasu, pluton objął Frimmel.

W czasie zbiórki piechur Josef Kappel zauważył brak swego kolegi o nazwisku Josef Kuchler. Zawrócił natychmiast na pobojowisko do Pasiek i tam odnalazł go nieprzytomnego. Odpędził plądrujących Rosjan i rannego przydźwigał do kompanii. Kappel zauważył, że jeszcze wielu rannych leży na placu walki, po czym jeszcze kilkakrotnie obszukano Pasieki przepędzając Rosjan, aż zebrano wszystkich rannych. Jako trofeum zabrano kozackie lance i jeden karabin (…).

Dzień chrztu bojowego dla obu batalionów chylił się ku końcowi. Została przelana pierwsza krew „Deutschmeistrów” przeciw Moskalom. Oprócz trzech poległych i czterech rannych oficerów, bohatersko poległo 24 żołnierzy, a 51 zostało rannych. Najwięcej strat poniosła 6. kompania. Ciężko ranny kapitan Claus został przywieziony do szpitala w Lubaczowie, gdzie 25 sierpnia zmarł i został pochowany na miejscowym cmentarzu obok pułkownika [Holzhausena].

Dowódca 4. Armii, gen. Auffenberg jeszcze tego samego dnia przysłał podziękowanie dla 6. Dywizji Kawalerii – słowa wysokiego uznania za bohaterską postawę: „Mimo poniesionych strat liczę na zachowanie bohaterskiej postawy w dalszej walce”. Uczestnikom walk pod Narolem zostały przyznane odznaczenia, też pośmiertnie (…).

 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne bez pisemnej zgody autorów tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.