Stanisław Baran, Janusz Mazur

Cesarskie manewry pod Krakowcem w 1893 roku

Gazeta Horyniecka nr 55 / opublikowane za zgodą autorów i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu, dokumentów i zdjęć bez zezwolenia jest zabronione.

Galicyjski okres w dziejach Roztocza i trzech sąsiadujących ze sobą ziem: lubaczowskiej, jarosławskiej i jaworowskiej obfituje w wiele interesujących wydarzeń. Do najciekawszych należą z pewnością mało znane manewry wojskowe z udziałem samego cesarza Franciszka Józefa I, władcy monarchii austro-węgierskiej. 

Głównym ośrodkiem teatru działań wojsk cesarsko-królewskiej (c. k.) armii były tereny wokół Krakowca (ob. Ukraina). Miasteczko to, znane obecnie z polsko-ukraińskiego przejścia granicznego, w okresie przeprowadzanych manewrów posiadało ważne znaczenie. Tu właśnie znajdowała się rezydencja monarchy i stąd cesarz udawał się na obserwacje ćwiczeń w okolice Wielkich Oczu i Kobylnicy Wołoskiej.

Pierwsze z tych manewrów odbyły się w dniach 4–8 września 1889 roku, a drugie cztery lata później między 3 a 7 września 1893 roku. Były to jedne z kilku tzw. cesarskich manewrów, które organizowane były w różnych miejscach na terenie ziem zaboru austriackiego, czyli Królestwa Galicji i Lodomerii. Obejmowały one ćwiczenia większych jednostek wojskowych w sile kilku dywizji, które należały do jednego lub dwóch korpusów. Specjalnym obserwatorem pozorowanych zmagań wojennych – z racji pełnienia funkcji naczelnego dowódcy armii – był sam cesarz.

O ile w manewrach z 1889 roku brały udział jednostki Korpusu X z Przemyśla, to w manewrach z 1893 roku uczestniczyły oddziały nie tylko z okręgu przemyskiego, ale także z Korpusu XI ze Lwowa. Skala tych ostatnich ćwiczeń była więc dwukrotnie większa i obejmowała około 30–40 tys. żołnierzy. Z pewnością warto bliżej przyjrzeć się tym manewrom, których rozmach już później się nie powtórzył.

Manewry z 1893 roku posiadają też bogatą literaturę. Oprócz licznych relacji w ówczesnej prasie, głównie w „Gazecie Lwowskiej” (nr 202–205) i „Kurierze Lwowskim” (nr 242–251), na uwagę zasługują wydane w języku niemieckim szczegółowe dyspozycje manewrów pod Krakowcem: Die Manöver des 10. und 11. Cors bei Krakowiec 1893 (Wien 1893), a także ciekawa relacja autorstwa Alfreda Rittera von Sypniewskiego,zawarta w jego obszernym opracowaniu pt. Geschichte des K. u K. Infanterie – Regimentes Feldmarschall Carl Joseph Graf Clerfayt de Croix (Jaroslau 1894). Fragment tej ostatniej pracy przetłumaczony przez Stanisława Barana oczekuje na pełne opracowanie i włączenie do literatury regionalnej. Płk Alfred Sypniewski (1842–1899), oficer i autor prac historycznych, jako dowódca 2. batalionu wspomnianego pułku piechoty (oznaczonego nr 9) uczestniczył w cesarskich manewrach. Patronem pułku, którego sztab stacjonował w Jarosławiu, był marszałek de Croix de Clerfayt, Walończyk, który służąc monarchii habsburskiej w końcu XVIII wieku zasłużył się w walkach z rewolucyjną Francją.

Cesarz Franciszek Józef I na manewrach, fot. k. XIX w. (źródło: domena publiczna)

Manewry posiadały kilka faz. Jak napisał płk Sypniewski, razem z miejscowymi oddziałami już „14 lipca spotkały się w Jarosławiu: 3. batalion, który przymaszerował z Radymna i 4. batalion przybył koleją ze Stryja. Dzień później, 15 lipca połączony pułk maszerował do Sieniawy, gdzie przebywał do 28 lipca na ćwiczeniach strzeleckich i bojowych w warunkach polowych”. Następnie rozpoczęły się ćwiczenia w brygadzie i dywizji, które trwały od 16 do 29 sierpnia. Dopiero na początku września nastąpiła kulminacja, która polegała na tym, iż: „między Mościskami a Lubaczowem w manewrach marszowych, [spotkał się] korpus armijny przeciw korpusowi armijnemu w obecności Jego Majestatu Cesarza”.

W tym celu uzupełniono skład poszczególnych jednostek. Płk Sypniewski odnotował ten fakt – „już 19 sierpnia powołano po 40 rezerwistów do każdej kompanii na 20 dni”. Należy przy tym wspomnieć, że ćwiczenia odbyły się mimo panującego ówcześnie poważnego zagrożenia epidemią cholery, której przypadki stwierdzono na terenie cesarstwa, w tym też w Galicji. Zagrożenie spowodowane zgromadzeniem w jednym miejscu znacznej liczby ludzi okazało się realne. „Kurier Lwowski” donosił o pierwszych przypadkach cholery wśród biorących udział w manewrach żołnierzy, które odnotowano w Rawie Ruskiej i Cieszanowie. Wobec groźby rozwoju epidemii dopuszczano możliwość odwołania ćwiczeń. Na szczęście choroba nie zdołała się rozprzestrzenić. Obok zagrożeń zdrowotnych w ówczesnej prasie pomstowano również na spowodowany manewrami znaczny ubytek sił roboczych, szczególnie w okresie nasilenia prac rolnych.

Udział w manewrach, zwłaszcza w ich końcowej fazie, wiązał się dla żołnierzy z dużym wysiłkiem fizycznym. Płk Sypniewski nie omieszkał wspomnieć, iż „przed wymarszem z Jarosławia dla każdego żołnierza wydano 100 sztuk amunicji, 3 racje wojenne i 1 porcję rezerwową; poza tym trzech żołnierzy dźwigało części jednego namiotu, które zostały nowo wprowadzone w celu ich wypróbowania. Całkowity ekwipunek żołnierza ważył około 30 kilogramów”. Z tym oporządzeniem poszczególne jednostki, szczególnie formacje piechoty, przemierzały niejednokrotnie znaczne odległości. Wszystko to miało na celu sprawdzenie kondycji żołnierzy oraz mobilności całych oddziałów czy korpusów armijnych.

Ostatecznie na początku września nastąpiła koncentracja dwóch dużych jednostek, określanych jako „korpus południowy” i „korpus północny”. Pierwszy z nich tworzyły jednostki X Korpusu z Przemyśla, w tym jarosławski 9. Pułk Piechoty, który, jak odnotował płk Sypniewski, uzupełniony przez rezerwistów liczył już 2015 żołnierzy. W dniu 30 sierpnia pułk opuścił Jarosław i dzień później dotarł do Przemyśla, gdzie wszedł w skład 2. Dywizji Piechoty (DP). Tutaj odbył się przegląd oddziałów i defilada, którą „odebrał sam komendant twierdzy, marszałek polowy porucznik Julian von Roszkowski”.

Obok 2. DP do składu „korpusu południowego” weszły ponadto dwie inne jednostki tego typu (24. DP i 46. DP Obrony Krajowej), a także 6. Dywizja Kawalerii (DK); wsparcie ogniowe zapewniała artyleria korpuśna. Związkiem tym dowodził gen. Anton Galgótzy, jeden z najzdolniejszych i najbardziej wymagających dowódców w c. k. armii, cieszący się zaufaniem samego cesarza. Korpus ten – podążając za relacją płk. Sypniewskiego – już 2 września koncentrował się w okolicach Mościsk.

Z kolei Korpus XI, czyli „korpus północny” rozłożył się wokół Lubaczowa, a dokładnie między Bełżcem a Jarczowem, na samej granicy z zaborem rosyjskim. Związek ten składał się z trzech dywizji piechoty (11. DP, 30. DP i 43. DP Obrony Krajowej), 8. DK, a także z artylerii korpuśnej. Na jego czele stał generał kawalerii Ludwik Józef książę Windisch-Graetz, dowódca XI Korpusu we Lwowie, później generalny inspektor armii austriacko-węgierskiej. Był to jednocześnie ojciec słynnej roztoczańskiej księżnej, czyli Matyldy z Windisch-Graetzów Sapieżyny, żony Pawła Sapiehy, właściciela Siedlisk i bratowej kard. Adama Sapiehy.

Książę Ludwik Józef Windisch-Graetz, generał kawalerii. Podczas manewrów cesarskich w 1893 r. dowódca „korpusu północnego” (źródło: domena publiczna)

Siły obydwu „przeciwników” posiadały do wykonania ściśle określone zadania. „Korpus północny” odgrywał rolę „agresora”, który po przekroczeniu granicy wdarł się w głąb kraju, rozpoczynając ofensywę na południe, by po sforsowaniu Lubaczówki w okolicach Lubaczowa lub Nowej Grobli, uderzyć w kierunku Radymna, a docelowo twierdzy przemyskiej. Z kolei „korpus południowy”, miał odeprzeć „nieprzyjaciela” i wyprzeć go za granicę, albo prowadzić działania opóźniające, by nie dopuścić do przejścia przez „wroga” rzeki Lubaczówka, a gdyby to się nie udało zatrzymać go na linii rzeki Szkło w okolicach Wielkich Oczu. „W najgorszym wypadku” – jak zaznaczył płk Sypniewski – zamierzano utrzymać się na Sanie pod Przemyślem.

W kontekście takiego scenariusza cesarskie manewry w 1893 roku posiadały również ważny aspekt polityczny i niewątpliwie wiązały się z planami wojennymi Austro-Węgier wobec Rosji. Manewry spotkały się też z wyraźną odpowiedzią ze strony rosyjskiej. W tym samym czasie co c. k. armia wielkie manewry zorganizowała również armia carska. Dwa duże korpusy wojsk rosyjskich ćwiczyły atak na Warszawę i jej obronę. Nie sposób nie zauważyć w tym miejscu, że pewne elementy planu manewrów austro-węgierskich z 1893 roku sprawdziły się w rzeczywistości wojennej po jedenastu latach, czyli jesienią 1914 roku.

Główne manewry cesarskie odbyły się w pierwszym tygodniu września. W ciągu trzech ostatnich dni ich trwania wizytował je we własnej osobie cesarz Franciszek Józef I, co nadało ćwiczeniom wyjątkowej rangi i przyczyniło się do zapisania ich w annałach historii.

Dzień 2 września przeznaczono na odpoczynek dla żołnierzy. Poszczególne jednostki obydwu korpusów zajęły pozycje wyjściowe i następnego dnia rozpoczęły się pierwsze pozorowane starcia, w wyniku których wojska „korpusu północnego” przesunęły się pod Płazów i Cieszanów, zajmując dogodne pozycje do dalszego ataku. Natarcie, które ruszyło w poniedziałek 4 września rano skierowane było na Lubaczów, by stąd uderzyć wprost na Radymno. Gen. Windisch-Graetz główną rolę w przeprowadzeniu tej akcji wyznaczył swej kawalerii, licząc na jej szybkość i zwrotność. Jak relacjonował korespondent „Wiener Abendpost” a za nim redakcja „Gazety Lwowskiej” – 8. Dywizja Kawalerii wspomagana przez dwa bataliony piechoty i artylerię sforsowała bagnistą dolinę Lubaczówki i skierowała się dalej na południe. Podążające za kawalerią dywizje piechoty „północy” zajęły Lubaczów, Reichau (ob. Podlesie) i Horyniec. Sztab tego korpusu ulokował się w Baszni Dolnej.

Jednostki „korpusu południowego” gen. Antona Galgótzyiego w obawie przed przerwaniem frontu zaczęły się cofać, licząc na swe główne siły skoncentrowane jeszcze w okolicach Mościsk. Ważne zadanie przypadło wysuniętej na północ i stacjonującej pod Miękiszem Nowym 6. Dywizji Kawalerii, która miała powstrzymywać „nieprzyjaciela”, by umożliwić ewentualny kontratak.

Anton Galgótzy, generał broni. Podczas manewrów cesarskich w 1893 r. dowódca „korpusu południowego” (źródło: domena publiczna)

Czołowe starcie jednostek kawaleryjskich wspomaganych przez piechotę i artylerię nastąpiło tegoż 4 września, między 12.00 a 13.00 w południe. W tym czasie kawalerzyści „korpusu północnego” doszli już do Kobylnicy Wołoskiej i zajęli położone na północ od centrum wsi przysiółki Rotyska i Szczeble. Artyleria rozlokowana na dogodnym lekkim wyniesieniu w lesie Dąbrowa, między wspomnianymi przysiółkami, rozpoczęła intensywny ostrzał zbliżających się jednostek „południa”. Te ostatnie zdobyły się na znaczny wysiłek marszowy. Dowódca 2. DP, w skład której wchodził wysunięty do przodu jarosławski 9. Pułk Piechoty, „słysząc ostrą strzelaninę dział na północy, postanowił przystąpić do walki, aby zabezpieczyć przejścia na rzece Szkło”. W tym celu oddziały dywizji pokonały odległość prawie 40 km, opanowały Krakowiec i ruszyły dalej wychodząc na zachodnie przedpola Wielkich Oczu.

Obydwie strony – jak relacjonował „Wiener Abendpost” – wykonały „pomimo nadzwyczaj trudnego terenu, pełne brawury ataki”. Przypatrujący się zmaganiom ćwiczebnym sędziowie uznali, że sukces osiągnęły wojska armii „północnej”, stąd też oddziały „południa” cofnęły się ku brodom na Szkle, kończąc tym samym walki tego dnia.

W pierwszych dniach tych zmagań cesarz Franciszek Józef I znajdował się jeszcze w drodze na manewry. W dniu 2 września wyjechał ze swej rezydencji letniej w Ischl (obecnie Bad Ischl w środkowej Austrii). Po nocnej podróży specjalnym pociągiem przez Wiedeń i Kraków w niedzielę, 3 września, przybył do Jarosławia. Od tego momentu lokalna prasa śledziła każdy jego krok, relacjonując dzień po dniu i niemal godzina po godzinie pobyt cesarza na manewrach pod Krakowcem.

Po jednodniowym odpoczynku w Jarosławiu, we wtorek, 5 września, dokładnie o godzinie 6.00, Franciszek Józef przyjechał powozem do Krakowca. Następnie po krótkim odpoczynku, około 8.00 wyjechał konno wraz z całą świtą generalicji na teren manewrów. „Wiener Abendpost” donosił, iż przybył „z Krakowca na wyżyny ciągnące się na południowo-wschodniej stronie Kobylnicy Wołoskiej, zmieniał kilkakrotnie stanowisko i obserwował z natężoną uwagą wysunięcie się jednej części korpusu północnego z obszarów leśnych”. Walki i tym razem były nierozstrzygnięte. Wojska „północy” nie zdołały przedrzeć się przez rzekę Szkło a oddziały „południa” obroniły swe stanowiska z dnia poprzedniego.

Manewry skończyły się tego dnia o godzinie 14.00. Cesarz – jak relacjonuje naoczny świadek, czyli płk Sypniewski – zwrócił się do dowództwa i żołnierzy 9. Pułku Piechoty, który jeszcze rano eskortował go w drodze do Wielkich Oczu, „ze słowami pochwały o pięknym wyglądzie, tudzież o postawie tego pułku […]. Jego Majestat podkreślił szczególnie wysiłek marszowy dnia poprzedniego”. 

Dwie godziny później, o 16.00 popołudniu, odbyła się oficjalna uroczystość powitania cesarza w Krakowcu. W obecności mieszkańców, których – jak donosi „Kurier Lwowski” – „tysiące […] przybywa procesjami z bliższych i dalszych okolic”, Franciszka Józefa witały lokalne władze samorządowe, duchowieństwo obydwu obrządków chrześcijańskich, przedstawiciele kahałów żydowskich oraz włościanie z chlebem i solą.

Mapa manewrów cesarskich pod Krakowcem, sytuacja wojsk w nocy z 6 na 7 września 1893 r. (źródło: Die Manöver des 10. und 11. Cors bei Krakowiec 1893, Wien 1893)

Powitanie odbyło się nie na terenie miasta, ale przy „pięknie przystrojonej bramie parku pałacowego”, położonego na zachód od centrum miejscowości. To właśnie krakowiecki pałac, a właściwie dwór, otrzymał za zadanie – już po raz drugi od 1889 roku – pełnić rolę cesarskiej siedziby w czasie manewrów. W końcu XIX wieku dwór ten był już tylko odblaskiem wspaniałego i słynnego na cały kraj założenia pałacowo-parkowego, założonego w 2 połowie XVIII wieku przez wojewodę bełskiego Ignacego Cetnera. W ciągu stu lat od czasu swego powstania rozproszeniu ulegały bogate zbiory sztuki zgromadzone przez wojewodę, ale przetrwały relikty ciągle wzbudzającego podziw parku i pozostałości zabudowy dworskiej.

Być może niegdysiejsza sława rezydencji krakowieckiej była jednym z powodów wyboru jej na siedzibę cesarza Franciszka Józefa. Decyzja ta odbyła się też za zgodą ówczesnego właściciela majątku w Krakowcu – hrabiego Kazimierza Łubieńskiego. Budynkiem użyczonym w 1893 roku dla cesarza był murowany dwór – dawna oficyna dworska, jedna z dwóch pozostałych po rozebranym pałacu wojewody Cetnera i służąca w charakterze niewielkiego pałacyku jako siedziba właścicieli majątku. W końcu XIX wieku, może właśnie z powodu wizyty Franciszka Józefa, do obydwu oficyn dobudowano klasycyzujące portyki, podkreślające splendor założenia dworskiego.

W bezpośrednim sąsiedztwie pałacyku Łubieńskich, w koszarach kawaleryjskich znajdowała się również kwatera dowódcy manewrów arcyksięcia Albrechta Habsburga, marszałka polnego i generalnego inspektora c. k. armii. Był to jeden z najwyższych rangą oficerów w licznej świcie cesarskiej obecnej na manewrach. Jego osoba do dziś cieszy się pewną popularnością wśród smakoszy piwa, co wynika z faktu, że arcyksiążę Albrecht jako książę cieszyński założył słynny do dziś browar w Żywcu.

Arcyksiążę Albrecht z cieszyńsko-żywieckiej linii Habsburgów, marszałek polny i generalny inspektor c. k. armii. Dowódca cesarskich manewrów pod Krakowcem w 1893 r. (źródło: domena publiczna)

Drugiego dnia cesarskiej wizyty, we środę 6 września, dokładnie wpół do 8.00 rano cesarz wyjechał w okolice Wielkich Oczu, gdzie ponownie śledził działania obydwu korpusów. Pewien sukces osiągnął wówczas korpus „południowy”, który siłami 2. DP przeprowadził atak w kierunku Wielkich Oczu, zdobywając wzgórze Bereżnik, położone między Kobylnicą Wołoską (przysiółek Hryckowe) a Skolinem. W czasie ćwiczeń tego dnia ponownie ważne znaczenie posiadały działania artylerii. Linia bojowa między korpusami wydłużyła się do kilkunastu kilometrów i biegła od Fehlbachu (ob. Potok Jaworowski) do Bożej Woli, a następnie sięgała nawet dalej na wschód i północ do Jaworowa i Hruszowa. Pochwałę tego dnia otrzymał gen. Windisch-Graetz, któremu cesarz pogratulował znakomitej postawy „korpusu północnego”. 

Po powrocie z manewrów o 14.00 Franciszek Józef odwiedził hrabiostwo Łubieńskich, którzy po udostępnieniu dworu krakowieckiego cesarzowi, zamieszkali na pobliskim folwarku Gnojnice. Monarcha zabawił u nich dziesięć minut, dziękując za gościnę w pałacu. Przed obiadem miało też miejsce odnotowane przez prasę lwowską wydarzenie – uhonorowanie przez cesarza darowizną 98-letniego pocztyliona Jędrzeja Senesa z Radymna. 

Front działań manewrowych we czwartek 7 września, w ostatnim dniu manewrów, przebiegał na północny-zachód od Wielkich Oczu – pod Łukawcem. Cesarz Franciszek Józef udał się w okolice tej wsi powozem. Przesunięcie działań w tym kierunku było wyraźnym sukcesem „korpusu południowego” i ostatnim akordem cesarskich manewrów. Płk Sypniewski napisał: „Doszło do ostrych ataków X Korpusu w okolicy Tarnawskie i Lipina na lewą flankę przeciwnika, aby go odeprzeć XI Korpus musiał użyć całej swojej siły […]. Tutaj o godz. 10.30 odtrąbiono sygnał na zakończenie ćwiczeń”. Wielkie ćwiczenia cesarskie skończyły się więc wynikiem remisowym. Po początkowych sukcesach „korpusu północnego”, wojska „południa” odzyskały inicjatywę i obroniły kluczowe pozycje przy przeprawie na rzece Szkło, a nawet wyparły przeciwnika niemal pod Lubaczów.

Cesarz wrócił do Krakowca o 13.00. Tego samego dnia, podobnie jak 5 i 6 września, około godziny 18.00 w kwaterze arcyksięcia Albrechta odbył się uroczysty obiad na cześć monarchy. Obok świty cesarskiej uczestniczył w nich Namiestnik Galicji hrabia Kazimierz Badeni.

Przed opuszczeniem Krakowca 8 września cesarz uczestniczył rano w cichej Mszy św. odprawionej w kaplicy pałacowej. Po jej zakończeniu– jak odnotowała prasa – monarcha zwrócił się do hrabstwa Łubieńskich, dziękując za przyjęcie i przepraszając za doznane kłopoty. Pożegnanie odbyło się przy bramie triumfalnej ustawionej obok pałacu. Rządcom powiatu wyraził podziękowanie za serdeczną gościnę, stwierdzając: „Spędziłem bardzo przyjemne dni pośród Was”. Służbie pałacowej i komendantowi policji cesarz przekazał liczne pamiątki. Nie zapomniał o darowiznach na cele dobroczynne, ofiarował m.in. 200 zł dla przytułku dziecięcego w Wielkich Oczach.

Po opuszczeniu Krakowca odjechał powozem na dworzec kolejowy w Radymnie, skąd udał się na kolejne manewry, tym razem w węgierskim Siedmiogrodzie. Tego samego dnia, o godz. 11.00 odbyła się jeszcze uroczysta Msza św. w słynnym krakowieckim kościele parafialnym (ufundowanym również przez wojewodę Cetnera), w której wziął udział arcyksiążę Albrecht. Po obiedzie arcyksiążę wraz z generalicją udali się śladem cesarza na Węgry.

Oparty na źródłach z epoki opis cesarskich manewrów pod Krakowcem, jakkolwiek niepozbawiony pewnej typowej dla okresu galicyjskiego przesadnej retoryki, ukazuje ważne wydarzenie historyczne z udziałem czołowych osobistości ówczesnego świata. Niestety, poza tymi przytoczonymi relacjami, do naszych czasów nie przetrwały materialne ślady tego wydarzenia, nie licząc pamiątkowego medalu z podobizną cesarza i okolicznościowym napisem.

Przede wszystkim nie zachowało się krakowieckie założenie dworsko-pałacowe. Wydaje się, iż kilkudniowa wizyta cesarza Franciszka Józefa I w 1893 roku była końcowym akordem jego świetności. Już kilka lat później, na początku 1895 roku, została rozebrana oranżeria dworska, wzniesiona jeszcze za czasów Cetnera. Cegłę z jej rozbiórki zakupili przedstawiciele Gminy Kobylnica Wołoska skupieni w komitecie cerkiewnym działającym pod przewodnictwem ks. Iwana Podlaszeckiego, miejscowego proboszcza parafii greckokatolickiej.

Trudne chwile przechodził majątek we wrześniu 1914 roku. Wokół wspaniałej dworskiej alei lipowej wiodącej do dworu toczyły się wówczas ciężkie walki między wojskami austriacko-niemieckimi a rosyjskimi. Front przeszedł przez Krakowiec ponownie w czerwcu 1915 roku, po ofensywie gorlickiej. Obydwie oficyny dworskie zostały zdewastowane, ale przetrwały. Zostały ostatecznie zniszczone 11 września 1939 roku podczas walk osłonowych prowadzonych przez 10. Brygadę Kawalerii pod dowództwem płk. Stanisława Maczka z wojskami niemieckimi atakującymi Lwów. W tym samym czasie spłonął także kościół parafialny, zachowany obecnie w zrujnowanym stanie. Okresu II wojny nie przetrwał również wspaniały park.

Krakowiec stracił swoje najcenniejsze zabytki kultury, ale zachował pamięć o swej wspaniałej przeszłości, w tym także o cesarskich manewrach.

(c) Gazeta Horyniecka

Kopiowanie i udostępnianie publiczne artykułu (w całości lub w części) bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.