Janusz Mazur

Brat Józef u Brata Alberta

Gazeta Horyniecka nr 53 / opublikowane za zgodą autora i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu lub zdjęć bez zezwolenia jest zabronione.

W zbiorach Biblioteki Narodowej w Warszawie znajduje się fotografia młodego człowieka zaopatrzona na rewersie w odręczny podpis: „Brat Józef u Brata Alberta”. Owym Bratem Józefem był Ludwik Pomian Biesiekierski, który w latach 1893-1905 należał do Zgromadzenia Braci III Zakonu św. Franciszka Posługujących Ubogim. Był to jeden z najbardziej niezwykłych albertynów, który związał się ze św. Bratem Albertem (Adamem Chmielowskim) w pierwszym okresie istnienia nowego zgromadzenia. W biografii Brata Józefa nie mogło więc zabraknąć wątków związanych z Roztoczem, a przede wszystkim z pustelnią albertyńską na „Monastyrku” (czyli Monasterze, Monastyrze) w Werchracie.

Ludwik Pomian Biesiekierski przyszedł na świat w 1867 roku na folwarku Łuszczanów koło Gostynina na Mazowszu. Ród Biesiekierskich herbu Pomian związany jest jednak z sąsiednimi Kujawami, a jego główną siedzibą jest istniejący do dziś dwór w Płowcach (miejscowości znanej ze zwycięskiej bitwy z Krzyżakami w 1331 roku), w którym rodzina zamieszkiwała do II wojny światowej.

Młody Ludwik dość wcześnie zainteresował się teologią i poczuł powołanie do stanu duchownego. W 1884 roku był już alumnem w Seminarium Duchownym we Włocławku, skąd wysłany został do prestiżowej cesarskiej Akademii Duchownej w Petersburgu. Tutaj objawił się jego talent językowy i zamiłowanie do nauk filozoficznych. Po kilku latach studiów młody kleryk otrzymał pierwsze święcenia i przyjął imię Józef. Studiów teologicznych jednak nie ukończył. Przeżył załamanie wiary.

1.jpg
Ludwik Pomian Biesiekierski jako kleryk w Akademii Duchownej w Petersburgu, fot. ok. 1890 r. Na odwrocie fotografii znajduje się m. in. zapisek: „Brat Józef u Brata Alberta”. Zbiory Biblioteki Narodowej w Warszawie

Na początku lat 90. XIX wieku wrócił do kraju i osiadł w Warszawie, gdzie związał się ze środowiskiem naukowo-artystycznym. W tym czasie doświadczył, jak sam napisał później w swych wspomnieniach – „cudownego nawrócenia” i powrócił do chrześcijaństwa. Chciał nawet ponownie podjąć życie duchowne. Podjął kilka prób wstąpienia do zgromadzeń zakonnych, ale nie został przyjęty.

W 1893 roku od słynnego artysty malarza Wojciecha Gersona dowiedział się o dokonaniach Adama Chmielowskiego, który kilka lat wcześniej jako Brat Albert rozpoczął w Krakowie posługę wśród najuboższych. Młody eks-kleryk postanowił udać się w pieszą pielgrzymkę do Krakowa, by jako zadośćuczynienie za grzechy młodości wstąpić do „zakonu pokuty”, jak określił Zgromadzenie Braci Albertynów. Z Warszawy wyruszył 6 sierpnia. Szedł przez Częstochowę, gdzie nawiedził sanktuarium jasnogórskie. Do Krakowa dotarł po trzech tygodniach, 28 sierpnia.

Albertyni przyjęli go, choć na pierwsze spotkanie z Bratem Albertem musiał czekać do października, kiedy ten wrócił ze Lwowa. Po szczerej rozmowie z założycielem i przełożonym Albertynów został przyjęty do ich grona. Już 19 października 1893 roku odbyły się obłóczyny Biesiekierskiego. Z rąk samego Brata Alberta otrzymał habit zakonny, pasek św. Franciszka i różaniec. Pozostał przy swoim dawnym imieniu zakonnym, które dodatkowo rozszerzył; od tej pory był Bratem Józefem od Krzyża i Pokuty.

Wkrótce albertyni swoim zwyczajem nadali mu używane zamiennie przydomki „Filozof” lub „Teolog”. Nie były one bezpodstawne. Już w niedługim czasie po znalezieniu się w gronie albertynów wygłosił dla nich wykład o św. Franciszku. Po tym wystąpieniu Brat Albert dostrzegł u Brata Józefa talenty naukowe i – co należy uznać za zupełnie wyjątkowe w dziejach młodego zgromadzenia albertyńskiego – pozwolił mu na podjęcie studiów filozoficznych i językowych, zapoczątkowanych jeszcze w okresie petersburskim. Zachęcił go nawet mówiąc: „Ucz się i drugich nauczaj tak, abyś wciąż postępował naprzód, a nie stał w miejscu jak słup, który wskazuje drogę innym, lecz sam nie idzie tą drogą”. Powołał się przy tym na idee angielskiego filozofa Francisa Bacona, który twierdził iż „wolno miłować mądrość, bowiem głęboka wiedza i nauka prowadzi do głębokiej wiary w Boga”.

Brat Józef opierając się na posłuszeństwie zakonnym z zapałem rozpoczął więc studia nad dziełami pisarzy starożytnych: Platona, Arystotelesa, Dionizego Pseudo-Areopagity, a także średniowiecznych teologów i filozofów: św. Bernarda z Clairvaux, św. Tomasza z Akwinu, św. Alberta Wielkiego, bł. Jana van Ruysbroecka, Johannesa Taulera, Tomasza a Kempis, św. Jana od Krzyża, a przede wszystkim Pisma Świętego. Dzieła te czytał w języku greckim, łacińskim, hebrajskim. A obok tych języków starożytnych zainteresował się dialektami semickimi, językiem arabskim, syryjskim, indyjskim; doskonale władał francuskim i hiszpańskim. Zainteresował się szczególnie metafizyką chrześcijańską, którą zgłębiał z pasją. Brat Albert widząc zaangażowanie Brata Józefa w zdobywanie wiedzy, powiedział o nim, iż „tak wściekłego zapału do nauki nie było chyba od początku świata”.

Wykorzystanie bez zezwolenia zabronione
Ludwik Pomian Biesiekierski, fot. 1905 r. Na odwrocie fotografii znajduje się dedykacja dla prof. Jana Baudouin de Courtenay. Zbiory Biblioteki Narodowej w Warszawie

Po zakończeniu rocznego nowicjatu 16 kwietnia 1894 roku Brat Józef złożył profesję, czyli przyrzeczenie zakonne, które odbyło się w kościele oo. bernardynów na Stradomiu w Krakowie. Zgodnie z przyjętą tradycją nie były to śluby wieczyste i tercjarz mógł bez rygoru grzechu w każdej chwili opuścić zgromadzenie, co też przypadku Brata Józefa miało miejsce jedenaście lat później. A wszystko przez ową miłość do nauki, która w końcu przeważyła nad powołaniem zakonnym.

Brat Józef Biesiekierski był z pewnością najlepiej (obok samego Brata Alberta) wykształconym albertynem. Był jednak przy tym osobą bardzo wrażliwą, skłonną do egzaltacji religijnej. Jego głęboka wiedza nie szła też w parze z realiami życia, szczególnie w tak wymagającym zgromadzeniu jakim byli albertyni posługujący w środowisku ludzi najuboższych, wykluczonych społecznie.

Elżbieta Dębicka, córka hrabiego Ludwika Dębickiego przyjaciela Brata Alberta, który wydzierżawił mu tereny pod pustelnie roztoczańskie, zauważyła iż „z tym Bratem Józefem niemało miał kłopotu Brat Albert, gdyż dziwnie nie pasował do franciszkańskiej prostoty braci tercjarzy”. Brat Starszy całkowicie ufał jednak Bożej Opatrzności i wierzył, że jeśli taki uczony człowiek, a do tego pochodzący z wyżyn społecznych, chciał wstąpić do zgromadzenia służącego ludziom najbardziej potrzebującym, to musi być w tym jakiś ważny powód. Początkowo miał nawet ukrytą nadzieję, że gruntownie wykształcony Brat Józef przyjmie święcenia kapłańskie i zostanie kapelanem w Zgromadzeniu Braci Albertynów.

Zgodnie z predyspozycjami i zdolnościami Brata Józefa przydzielano mu zajęcia nie związane bezpośrednio z pracą w przytuliskach dla ubogich. Zaangażowany był głównie jako nauczyciel prowadzący zajęcia dla nowicjuszy albertyńskich, ale też dla pensjonariuszy zakładów opiekuńczych. W wielu miejscowościach uzdrowiskowych (m. in. w Iwoniczu, Rymanowie i Krynicy), a także w np. w Jarosławiu czy Krakowie, uczestniczył w kwestach na rzecz ubogich. Przy okazji dawał wykłady z różnych dziedzin filozofii, nie omijając trudnych i dla przeciętnego odbiorcy abstrakcyjnych zagadnień, takich jak metafizyka indukcyjna.

W dłuższych lub krótszych okresach przebywał w niemal wszystkich placówkach prowadzonych przez albertynów na przełomie XIX i XX wieku na terenie ówczesnej Galicji. Pracował więc w Krakowie, Lwowie i Stanisławowie, a także w Werchracie na „Monastyrku”, gdzie był nowicjat i miejsce wypoczynku dla braci albertynów.

Bratu Józefowi przypadł też w udziale historyczny moment zainicjowania działalności pustelni albertyńskiej na Kalatówkach w Zakopanem. Na polecenie Brata Alberta przybył tu z pięcioma braćmi prosto z Werchraty dokładnie 27 stycznia 1898 roku. Został też pierwszym przełożonym zakopiańskiej wspólnoty albertyńskiej i jako taki wystarał się o pracę dla braci przy budowie słynnej i używanej do dziś drogi do Morskiego Oka i Czarnego Stawu Gąsienicowego. Wykorzystał też swoją znajomość hebrajskiego, który wykładał Marii Zamoyskiej, siostrze hrabiego Władysława Zamoyskiego, właściciela dóbr zakopiańskich i dobrodzieja albertynów. W Zakopanem, stolicy ówczesnej kultury polskiej, Brat Józef poznał się z tak wybitnymi ludźmi jak: Stanisław Witkiewicz, Stefan Żeromski, czy Józef Chełmoński.

Przyjrzyjmy się jednak najbardziej nas interesującym wątkom związanym z pobytem Brata Józefa Biesiekierskiego w pustelni na „Monastyrku” w Werchracie. Mieszkał tu w odrębnym, drewnianym budyneczku, w którym bracia gręplowali wełnę. Wedle zasad skrajnego ubóstwa propagowanego przez Brata Alberta, zajmował malutką izbę, w której znajdowała się jedynie zbita z desek prycza. Na ścianie Brat Józef narysował węglem najprostszy znak krzyża. Brat Albert był bardzo zadowolony z tego przykładu pokory i ubóstwa. Często też zatrzymywał się w izdebce Brata Józefa i prowadził z nim długie rozmowy na tematy religijne i ascetyczno-mistyczne.

Na „Monastyrku” Brat Józef zajmował się głównie pracą naukową i edukacją dla nowicjuszy i współbraci. Wstawał codziennie o 4 rano od razu zanurzając się w lektury duchowe, modląc się i kontemplując zawarte w nich treści. Wykonywał również polskie przekłady dzieł autorów chrześcijańskich, przede wszystkim św. Jana od Krzyża (jeden z nich ukazał się drukiem w 1912 roku). Prowadził również bogatą korespondencję naukową w różnych językach, w tym po hebrajsku, zyskując uznanie wśród wybitnych znawców tego języka.

Do zadań Brata Józefa należało również głoszenie homilii i nauk misyjnych. W czasie nabożeństw majowych w pobazyliańskiej cerkwi na „Monastyrku” razem z innymi braćmi nauczał miejscowych Rusinów stojąc na stopniach ołtarza. Za pozwoleniem przeora klasztoru oo. franciszkanów z Horyńca, wygłosił również naukę misyjną o św. Antonim Padewskim w podczas uroczystości opustowych w kaplicy w Nowinach Horynieckich. Mówił wówczas z kazalnicy ustawionej na leśnej polance przy świątyni. Zanotował też w swych wspomnieniach: „O. Henryk Pydynkowski TJ [ojciec duchowny albertynów] i Brat Albert byli obecni na moim kazaniu misyjnym”. Jest to bodajże jedno z nielicznych świadectw potwierdzających pobyt późniejszego świętego w Nowinach Horynieckich.

Jeden z braci przebywających również w pustelni na „Monastyrku” w Werchracie zanotował w swoich wspomnieniach iż: „Ludzie chętnie słuchali Biesiekierskiego. Księża również na to pozwalali, nie byli przeciwni”. Mniejsze sukcesy Brat Józef odnosił jednak w nauczaniu dzieci. Na tym polu musiał ustąpić pierwszeństwa Bratu Witalisowi (Wojciech Leja), góralowi z Podhala, który dzięki swej prostocie i łagodności potrafił trafić co serc werchrackich pastuszków. Wspomniana już Elżbieta Dębicka napisała w swej relacji, że gdy miejscowe dzieci poprosiły, aby bracia coś ładnego im przeczytali: „zawstydził się Brat Józef, bo miał tylko Konfucjusza. Lecz drugi brat [Witalis] wyjął z kieszeni żywoty świętych i zaczął lekturę”. Ta ostatnia bardziej przypadła do dziecięcych serc niż uczone wywody, niezależnie od tego czy były one rzeczywiście autorstwa Konfucjusza, czy innego myśliciela.

Brat Albert często przeciwstawiał sobie osobowości obydwu braci – Witalisa i Józefa. Przywoływana często Elżbieta Dębicka zapisała pod tym względem ciekawą relację. Otóż Brat Albert razem z Bratem Józefem i Bratem Witalisem zostali zaproszeni do dworu werchrackiego na imieniny hrabiego Ludwika Dębickiego. „Brat Witalis siedział cichutko na wyznaczonym karteczką miejscu. Brat Józef zaczął się ceremoniować, twierdząc, że miejsce jest dla niego za wysokie. Nie chciał siąść, lecz podszedł do siedzącej na końcu stołu klucznicy, prosząc by się z nim zamieniła”. Brat Albert celnie skomentował później to zachowanie mówiąc, iż: „Brat Józef chce być pokorny, ale nim jeszcze nie jest. Brat Witalis jest naprawdę pokorny, bo pokora nie polega na szukaniu ostatniego miejsca, ale na nie zajmowaniu się sobą”.

Brat Józef budził jednak ciekawość swą namiętną pasją naukową. Niejednokrotnie miała miejsce sytuacja, gdy przedstawiciele inteligencji odwiedzając albertynów spotykali ubogiego braciszka z księgą w ręku, i gdy podchodzili bliżej zaciekawieni lekturą stawali zdziwieni, gdy widzieli że czyta dzieła Platona w oryginale. Taki przypadek miał miejsce również w Werchracie, gdy zaczytanego Brata Józefa spotkał przypadkiem Karol Homolacs późniejszy profesor krakowskiej ASP, który jako jeszcze początkujący malarz przebywał w werchrackim dworze swej rodziny, zakupionym w 1905 roku od Dębickich.

Nietuzinkowa postać Brata Józefa Biesiekierskiego obrosła też wieloma anegdotami, które wpisały się w dzieje braci albertynów. Brata Józefa, podobnie jak innych pierwszych albertynów, ogarniał bowiem entuzjazm i zapał w dążeniu do ścisłej realizacji zasad życia zakonnego, opartego na radach ewangelicznych i przestrzeganiu pierwszej reguły św. Franciszka, a szczególnie radykalnego ubóstwa, czystości i pokory. Nie obyło się przy tym bez pewnej przesady z jego strony, stąd też postrzegano go jako swego rodzaju dziwaka. Komentując te zachowania Brat Albert mawiał o nim z sympatią: „I tak mamy uczonego wśród nas i wszyscy mają go za nieszkodliwego wariata i cieszą się jego naiwnym umysłem”. Wrażenie to potęgowało z pewnością pochłonięcie nauką i oderwanie od świata. Dochodziło więc do wielu niekiedy zabawnych sytuacji.

Kilka z nich wydarzyło się na „Monastyrku” w Werchracie. I tak podczas poobiedniej rekreacji bracia zabawiali się niekiedy w „egzecyrkę”, czyli musztrę wojskową, szczególnie ulubioną przez Brata Alberta – byłego żołnierza i powstańca. W czasie tej zabawy Brat Józef zawsze wszystkich rozweselał. Jeden z braci, który przeszedł szkolenie w armii austro-węgierskiej, wydawał komendy: „Habt acht! Marschieren! Zug marsch! [Uwaga! Marsz! Pluton marsz!]. Brat Jozef chcąc rozkaz dokładnie wykonać, wytrwale maszerował do przodu. Nie zatrzymał się nawet, gdy na jego drodze znalazł się ofiarowany braciom fortepian. Ponieważ nie padł rozkaz zatrzymania się, śmiało przeszedł przez instrument i poszedł dalej. W ten sposób chciał udowodnić, że niezależnie od różnych przeszkód ściśle realizuje cnotę posłuszeństwa.

Wykorzystanie bez zezwolenia zabronione
Dr Ludwik Pomian Biesiekierski, fotografia portretowa z książki: De simplicitate animae rationalis corpori humano iuncta. Dissertatio critica, Gniezno 1924.

Innym razem Brat Józef otrzymał polecenie zanieść posiłek braciom pracującym na polu niedaleko „Monastyrku”. Nie byłoby to trudne polecenie, gdyby nie fakt, że realizując ideę czystości, chodził zawsze skupiony i ze spuszczonymi oczyma. Poruszając się w ten sposób nie zauważył braci, mimo iż sam był przez nich widziany. Trzy razy obchodził pole i wrócił z jedzeniem do pustelni mówiąc, że nie dostrzegł pracujących.

Współbracia dostrzegali również odmienność Brata Józefa i jego niezwykłe zamiłowanie do lektury. Podczas jednej z rekreacji odgrywano scenę przybycia śmierci, by uzmysłowić braciom kruchość doczesności. „Śmierć”, za którą przebierał się jeden z braci, dotarła także do „Filozofa” i spytała się, czy miłował Pana Boga. Gdy potwierdził, otrzymał odpowiedź: „Ty nie miłowałeś Pana Boga tylko książki Areopagity, Platona” i przyłożyła mu kosę do szyi.

Po wielu latach studiów z niepokojem zauważono więc u Brata Józefa przesadne zaangażowanie się w studia filozoficzne. Stąd też Brat Albert, o. Pydynkowski i przełożony pustelni na „Monastyrku” postanowili zlecać mu inne zajęcia. Jak sam zapisał: „Kazali mi zbierać kamienie na polu, obracać żarna, wykonywać roboty kuchenne, pasać bydło, nosić wodę z odległego źródła. Robiłem to wszystko jedną ręką, bom nie wypuszczał książki z drugiej ręki. Nie dziwota, żem zgubił krowy w lesie”.

Ten ostatni przypadek opisała w swych wspomnieniach Celina z Dębickich Bzowska, starsza siostra Elżbiety. Do opowieści tej często wracał w żartobliwym tonie sam Brat Albert. I tak: „…Pewnego ranka zabiera nasz filozof księgi pod pachę, bat w rękę, zapędza krowy i owce i wędruje na ugór. Na południe nie ma brata, a co gorzej nie ma krów; idą więc w poszukiwanie brata i stada i zastają naszego filozofa z nieodstępnymi księgami, uganiającego się za rozproszonym bydłem; owce pogubił, krowy zawędrowały w szkodę. Przyznał się ze skruchą, że chwilę zaledwie zaczytał się w swoich dziełach! „Dobra musiała być ta chwila” – śmiali się z niego bracia. – „Nie ma co, filozof i do pasania [krów] nie ma dość rozumu!” Puenta godna Brata Alberta, który wprawdzie był wytrawnym intelektualistą, ale zawsze bardziej sobie cenił konkretną pomoc potrzebującym, niż zawiłe dysputy teoretyczne.

Po kilkunastu latach pobytu u albertynów Brat Józef zaczął zmagać się z decyzją, czy pozostać w zgromadzeniu, czy rozwijać swą pasję badawczą. Był to dylemat, który wiele lat wcześniej towarzyszył Bratu Albertowi. Ten jednak zdecydował się porzucić malarstwo na rzecz posługi najuboższym. Brat Józef Biesiekierski wybrał inaczej.

Nie bez wpływu na ten ostateczny wybór był rozwój intensywnych kontaktów z wybitnymi filozofami, a przede wszystkim z prof. Wincentym Lutosławskim znawcą Platona. Ważne znaczenie miał też specjalny przyjazd do Werchraty kilku naukowców, w tym znanego językoznawcy prof. Jana Baudouin de Courtenay. Wszyscy namawiali go na podjęcie studiów uniwersyteckich i rozpoczęcie przewodu doktorskiego.

Ponadto chcąc rozwijać swą wiedzę Brat Józef, bez zgody swych przełożonych, poprosił swą rodzinę o pomoc w zakupie kilku książek. Sprzeciwił się tym samym zasadzie zakonnego posłuszeństwa i ubóstwa. Brat Albert wówczas wezwał go stanowczo do porzucenia nauki, która wyraźnie przeszkadzała mu w życiu zakonnym. „Rzuć do kąta całą tę hebrajszczyznę” – powiedział. Było już jednak za późno – 5 marca 1905 roku Brat Józef opuścił albertynów.

Ludwik Pomian Biesiekierski wybrał więc drogę badań naukowych. Początkowo zamieszkał w Zakopanem, później w Warszawie. W 1916 roku obronił doktorat z filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Był aktywnym członkiem Polskiego Towarzystwa Filozoficznego we Lwowie. Opublikował kilka artykułów naukowych i książkę napisaną po łacinie, a poświęconą zagadnieniu duszy i ciała ludzkiego. Prowadził obfitą korespondencję z jednym z najwybitniejszych polskich filozofów prof. Kazimierzem Twardowskim ze Lwowa. Jego dzieło życia – opracowanie „Pieśni nad pieśniami” – pozostało jednak w rękopisie.

Utrzymywał się z pracy pedagogicznej. Był nauczycielem gimnazjalnym kolejno w Częstochowie, Lublinie i Gnieźnie. Założył rodzinę, doczekał się potomstwa. Przed wybuchem II wojny światowej osiadł we Włocławku, skąd było blisko do rodowych Płowiec. Przy końcu życia został osamotniony, stracił też wzrok i nie mógł poświęcić się swojej największej pasji – filozofii. Koleje losu zaprowadziły go ponownie do albertynów. Zmarł w 1950 roku w Domu Opieki prowadzonym przez Zgromadzenie Braci Albertynów w Krakowie.

Mimo odejścia ze zgromadzenia albertynów Biesiekierski zachował i rozbudzał wdzięczną pamięć o kanonizowanym dokładnie trzydzieści lat temu św. Bracie Albercie. W 1921 roku wziął udział w I Kongresie Tercjarskim w Krakowie, gdzie wygłosił o nim referat. Spisał również swe wspomnienia zatytułowane: „Brat Albert mój najukochańszy mistrz i przyjaciel”, które opublikował w 1938 roku. Sam też pojawia się również w relacjach innych braci albertynów, które przechowywane są w Archiwum Sióstr Albertynek w Krakowie. Bez jego barwnej postaci obraz życia i dokonań św. Brata Alberta – także w kontekście pustelni na „Monastyrku” w Werchracie – byłby z pewnością uboższy.


Autor pragnie serdecznie podziękować Siostrze Bernardzie Kostce z Archiwum Sióstr Albertynek w Krakowie za udostępnienie cennych materiałów archiwalnych.

 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne tekstu oraz zdjęć bez pisemnej zgody wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.