Joanna Kreto-Wójtowicz

BEZDROŻA ROZTOCZA, czyli wędrówka przerywana deszczem

Gazeta Horyniecka nr 43 / opublikowane za zgodą autorki i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu lub zdjęć bez zezwolenia jest zabronione.

W 2005 r. na zlecenie TVP Rzeszów powstał reportaż filmowy pt. Bezdroża Roztocza, autorstwa Pani Joanny Kreto – Wójtowicz, z udziałem GERP (Grupy Eksploratorów Roztocza Południowego). Film był wielokrotnie emitowany przez TVP ciesząc się dużą popularnością wśród widzów, m.in. ze względu na niebanalne, niesztampowe potraktowanie tematu. Nie był jeszcze jedną „produkcją telewizyjną”, jakie niestety wyraźnie dominują w telewizyjnym i filmowym „dorobku” Roztocza Południowego (i sąsiedniej ziemi lubaczowskiej również). W moim odczuciu był to program zrobiony z pasją, zaangażowaniem i zrozumieniem tematu, połączony z wysokim profesjonalizmem. Autorka filmu (była wówczas u progu kariery, która w następnych latach wspaniale się rozwinęła) jest absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi, reżyserką cyklu programów dla TVN, scenarzystką i reżyserką filmów dokumentalnych oraz producentką programów ekonomicznych. Otrzymała nagrody i wyróżnienia filmowe (m.in. nagrodę główną za film w 
Konkursie Komisji Europejskiej). Pani Joanna Kreto – Wójtowicz zgodziła się na moją prośbę napisać artykuł będący wspomnieniem tamtego wydarzenia. Wstęp powyższy (napisany w 2016 roku) należałoby uzupełnić o poźniejsze sukcesy Pani Joanny –  ale to zostawiam już Czytelnikom. Więcej o GERP – na oficjalnym blogu grupy: gerp.home.blog (Paweł Rydzewski – red. naczelny).

Roztocze Południowe – kraina pogranicza kultur i religii, obszar całkowicie i bezwarunkowo opanowany przez dziką przyrodę. Miejsce, gdzie krajobraz kulturowy, potrafił dyskretnie spoić się z przyrodniczym, tworząc harmonijną, zachwycającą całość, nienaruszoną ingerencją człowieka i jego odwieczną chęcią wyręczenia przyrody w dyktowaniu światu doznań wizualnych…

Z tym kojarzą mi się dzisiaj rejony Horyńca, Werchraty, Brusna, Radruża, Dziewięcierza i innych miejscowości, które w towarzystwie GERP, czyli Grupy Eksploratorów Roztocza Południowego przemierzyłam jedenaście lat temu. W  owym czasie, w 2005 roku, opanowały mnie dwie fascynacje: przyrodnicza, której obiektem był polski krajobraz oraz filmowo-dokumentalna, w której centrum stał człowiek, motywy jego działania, pasje. Szukając tematu reportażu filmowego, który miał być zrealizowany na zlecenie Telewizji Polskiej, nie sądziłam, że tak szybko trafię na oba te zagadnienia równocześnie, zazębione w doskonałym tandemie. A jednak. Po krótkiej (jak na owe czasy) „eksploracji” Internetu, dotarłam  do Horyńca i stanęłam twarzą w twarz z trzema mężczyznami w sile wieku[1]. Ich domniemaną pasją miało być przemierzanie roztoczańskiego krajobrazu wzdłuż i wszerz, a my (czyli ja, oraz powątpiewająca w ten fakt, moja skromna dwuosobowa ekipa filmowa), to „zjawisko” mieliśmy sprawdzić, zarejestrować i pokazać. Tak powstał reportaż pt. „Bezdroża Roztocza”.

I kiedy dziś, po wielu latach poproszona o wspomnienie tamtej realizacji, zastanawiam się, z czym kojarzy mi się hasło: „Roztocze Południowe”, odpowiadam bez wahania, że z dziką przyrodą, jakiej nie spotkałam nigdzie indziej i fantastycznymi ludźmi, bezmiernie zakochanymi w swojej ziemi.

CZŁOWIEK I PRZYRODA

Tematem, jednego filmów, którego nie udało mi się zrealizować w 2000 roku, był prosty człowiek, mieszkaniec jednej z lubelskich wsi, który tak ukochał środowisko przyrodnicze, które go otaczało, że stworzył własny rezerwat przyrody. Żył w rytmie, jaki dyktowała mu natura, zarażając swoją namiętnością połowę swojej rodziny. Po wielu latach czułam niedosyt spowodowany niezrealizowaniem tego tematu, nad którym zresztą prace były dość zaawansowane, ale telewizja nie wyprodukowała go ze względów finansowych. Kiedy trafiłam na Roztocze Południowe, oczywiście tkwiła we mnie silna chęć zbadania nieznanych zasobów przyrody i krajobrazu, poznania historii nowego miejsca. Muszę jednak przyznać, że istniało też coś bardziej fascynującego w tym zadaniu, co było bardzo bliskie tematowi rolnika z podlubelskiej wsi. Była to chęć przyjrzenia się ludziom, którzy mimo licznych codziennych obowiązków znajdują czas, aby ot, tak, wędrować po lasach, kontemplować przyrodę i opisywać ślady historii.

Podczas jednego z wywiadów, jaki GERP udzielił mi na planie, spytałam p. Bartka, jak to się stało, że powstała Grupa Eksploratorów, a on odpowiedział mi krótko: „Spotkało się czterech ludzi, zaczęli razem chodzić i już nie mogli przestać”. Co nimi kierowało? Były to pobudki bardzo „niemodne” jak na współczesne czasy, kiedy coraz częściej spotykamy ludzi, którymi kieruje chęć pokazania się, zdobycia czegoś. Oni zdobywali, ale wiedzę, punkty na mapie, którą sami tworzyli, a kierowały nimi: zamiłowanie do historii, nietuzinkowe podejście do tożsamości kulturowej, chęć przekazania czegoś wartościowego przyszłym pokoleniom. Poza tym wędrowanie sprawiało im prawdziwą frajdę, było świetną metodą, jak to określił p. Grzegorz „…aby się wyluzować, naładować akumulatory”. Tej zdrowej fascynacji Roztoczem mieliśmy doświadczyć także my sami, wprowadzeni w gąszcz dzikiej przyrody.

REALIZACJA W STRUGACH DESZCZU

Pierwotnie realizacja zdjęć przewidziana była na jeden dzień, ostatecznie wędrowaliśmy dwa dni, gdyż  pierwszy dzień na planie,  dosłownie „odpłynął nam” w strugach deszczu. Burze nie pozwoliły nam „eksplorować” Horyńca – Zdroju i okolic w pierwotnie zaplanowany sposób. Zdołaliśmy zwiedzić jedynie kilka lokalnych świątyń, w tym szesnastowieczną cerkiew Św. Paraskewy w Radrużu dowiadując się przy okazji od lokalnego historyka[2], że wedle podań, jej fundatorką była niezwykła kobieta. Urodziwa córka sołtysa, poślubiona i zabrana na Krym przez Chana, po latach poprosiła o możliwość powrotu w rodzinne strony. Otrzymawszy zgodę, spontanicznie nie wzięła od bogatego pana absolutnie nic…prócz, ukrytego sprytnie w dyszlu, pręta złota, który pozwolił jej sfinansować budowę świątyni. Historyczne podania, co do genezy świątyni, różnią się od podań ludowych, ale cóż,  opowieść godna zapamiętania, jeśli utkwiła mi w pamięci, aż do dziś…

Na Dahanach .jpg
Realizacja reportażu na Dahanach (fot. Joanna Kreto-Wójtowicz)

Wędrując po Roztoczu Południowym, bardzo szybko  doświadczamy czegoś, co można nazwać magią miejsca. Tajemnica leży zapewne w nieistniejących  wioskach, takich jak Brusno Stare i śladach, które pozostawili dawni mieszkańcy, głównie ludność ukraińska.  Widzimy dziś i widzieliśmy wtedy, jedenaście lat temu, jak szybko zmienia się wiejski krajobraz kulturowy, jakim ulega przeobrażeniom. Zanikają granice między elementami przyrodniczymi i kulturowymi, osiedla mieszkalne coraz głębiej wchodzą w przyrodę, szachownice pól nie są już tak wyraziste, jak kiedyś. Podczas zwiedzania Roztocza z GERP urzekło mnie to, jak bardzo,  nie dotyczyło to wówczas tego miejsca! Tu naprawdę krajobraz wzięła we władanie przyroda. Nasi przewodnicy dostrzegali przenikanie się walorów przyrodniczych okolic z historią, jakiej doświadczył ten region przez wieki. Szukali sposobów, aby ochronić kulturową spuściznę, doceniali dzikość, wyludnienie, a nawet niezagospodarowanie terenów, traktując je w kategorii waloru, nie wady regionu.

ODDECH HISTORII

Drugi dzień zdjęciowy okazał się dla nas łaskawszy, jeśli chodzi o pogodę, co w skrócie oznacza, że było tylko kilka przelotnych burz… Niepisaną, wręcz intuicyjną mapą naszej roztoczańskiej wędrówki stały się bruśnieńskie krzyże wotywne. Napotykaliśmy je  przypadkiem w zaroślach, lasach, na skrajach dróg, czy w środku pól, dzięki czemu wiedzieliśmy, że to tam istniały kiedyś wioski, po ich śladach prowadziła nas też charakterystyczna roślinność ruderalna. Krzyże nie pozwalały zapomnieć, że oto my, wędrująca ekipa, znajdujemy się na szlaku historii. Kiedy realizowaliśmy film, tabela inwentaryzacyjna wapiennych krzyży bruśnieńskich dopiero powstawała. Dziś ze zdumieniem stwierdzam, że wiele krzyży zostało opisanych, regularnie są odrestaurowywane, a ich mapa dostępna w Internecie dla każdego zainteresowanego. To niesłychana praca, jaką wykonała  GERP.

Historia ludności,  która ręcznie wydobywała kamień i obrabiała go głównie w czasie długich zimowych wieczorów, budzi podziw i fascynację zapewne niejednego turysty. Zwłaszcza że, na Roztoczu Południowym, kamienne rzeźby przypominają nam o tym znienacka. Na szlakach i poza nimi  spotykamy figury, na starych cmentarzach możemy podziwiać krzyże nagrobkowe. Nietrudno dotrzeć też do kamieniołomów, chociażby tych na zboczach góry Brusno.  Porosłe legendą i mchem elementy kamienne stały się osobliwością Południoworoztoczańskiego Parku Krajobrazowego. Napotykając je, naprawdę możemy doświadczyć, że każdy fragment krajobrazu powstał tu w wyniku wielowiekowych przemian.

ZOSTAŃ ODKRYWCĄ !

Na swojej stronie internetowej GERP publikuje niecodzienny poradnik, pt. „Radzimy jak zacząć odkrywać”. Znajdujemy tam kilka cennych wskazówek, pierwsza z nich:Idź w grupie. W potrzebie ktoś Ci pomoże. Więcej par oczu wyśledzi więcej niż tylko Twoje. W grupie jest bezpieczniej i znacznie sympatyczniej.  Dwie kolejne rady dotyczą unikania zbytniego optymizmu, gdyż brzmią: „Odkrywca nigdy nie widzi końca swojej wędrówki, patrzy wciąż do przodu, a osiągniecie jakiegoś celu, rodzi w nim chęć zdobywania i jeszcze większy upór. Przygotuj się na to, że nie każda wyprawa przynosi oczekiwane rezultaty. Gdyby tak było, nie byłoby już czego odkrywać.

Muszę przyznać, że do wymienionych wyżej rad, nasza ekipa telewizyjna przygotowała się wzorowo, dobierając GERP jako przewodników po roztoczańskich przestrzeniach. Sprawdziwszy, że nie każda wyprawa przynosi oczekiwane rezultaty, chociażby z powodu pogody, pogodzeni z losem, kompletnie zapomnieliśmy o ostatniej złotej radzie GERP: „Bądź przygotowany na wysiłek. Na to, że pot będzie się lał po plecach, że chwilami może Ci zabraknąć oddechu. Pogódź się z tym, że możesz wrócić wyczerpany, podrapany. To jest właśnie największa radość eksploratora. Nie narzekaj na trasie, ani po trasie. Jeżeli chcesz osiągać cele w łatwy sposób – lepiej zostań w domu”.

Dziś, po latach, z przymrużeniem oka muszę stwierdzić, że również grupa mężczyzn, zwykle w swoim własnym tempie przemierzająca kilometry wąwozów leśnych, nie pomyślała z kolei o złotej zasadzie filmowca: „obserwując, nie zapomnij zarejestrować”. Krótko rzecz ujmując, tempo było zabójcze, a pot faktycznie lał nam się po plecach, również ze względu na konieczność dotrzymania kroku GERP, ale ze sprzętem nagrywającym. Do tej pory pamiętam wspinaczkę operatora po ścianie wąwozu za jednym z wędrowców w celu zarejestrowania tzw. subiektywnego ujęcia wędrującego turysty. Na szczycie tak bardzo brakowało mu tchu, że trzeba było na montażu wyciszyć ścieżkę dźwiękową! Eksploratorzy naprawdę eksplorowali, a my próbowaliśmy za nimi nadążyć..

Ostatecznie należy jednak przyznać, że było warto, ponieważ zobaczyliśmy wiele malowniczych miejsc, niedostępnych wówczas dla zwykłych turystów. Były to m.in. wąwozy na stokach wzgórza Brusno (których przemierzenie w całości miało ponoć zająć cały dzień, czego na szczęście nie kazano nam doświadczać) oraz przecudnej urody wodospad w okolicach Starego Brusna i Polanki Horynieckiej, na progu starego młyna. Największe wrażenie robiła dzikość lasów bukowych okolic Horyńca – Zdroju i Werchraty, ponieważ pokryte porostami po czubki zmurszałych gałęzi drzewa,  leżały naturalnie połamane i nikt nigdy nie miał ich uprzątnąć lub zdeptać (czyli nie miała tam stanąć noga zabłąkanego grzybiarza). Mam nadzieję, że tak  pozostało po dziś dzień. Ujrzenie wodospadu, którego dźwięk było słychać już z daleka, przypominało odkrycie głęboko skrywanej przez las tajemnicy. Kaskada wody, zasilona właśnie świeżymi opadami deszczu, mknęła w dół z ekscytującą szybkością. W tamtym momencie zrozumieliśmy, że jesteśmy w miejscu rzadko odwiedzanym  przez ludzi, czuliśmy się jak dodatkowa trójka eksploratorów „na gapę” z towarzyszącym temu właściwym dreszczykiem emocji. Oprócz zmęczenia nie brakowało też innych wrażeń, jak np. w czasie kiedy operator uparł się, aby sfilmować panoramę okolicy z wysokiej wieży w środku lasu. Z każdym krokiem w górę, wieża nabierała niebezpiecznej chwiejności, a nasz trzeci kolega skwitował to soczyście: „Jak spadniesz, to też będziesz miał reportaż… tyle że interwencyjny…”

Na Dahanach.jpg
Realizacja reportażu na Dahanach (fot. Joanna Kreto-Wójtowicz)

NA ROZTOCZU WĘDROWIEC ZAWSZE JEST SAMOTNY

Przytoczone wcześniej,  fragmenty ze strony internetowej GERP, pozwalają się domyślać, że członkowie grupy, tak jak autentyczni w swoich poczynaniach, byli też szczerzy do bólu w wypowiedziach. Podczas jednego z wywiadów usłyszeliśmy, że „Roztocze Południowe nie jest polecane dla turystów, gdyż dla niewprawionych miłośników spontanicznych wędrówek może być niebezpieczne”, co niemalże „rozłożyło na łopatki” turystyczny charakter naszego reportażu, jakiego oczekiwała telewizja. Na szczęście przytoczona wypowiedź przetrwała jedynie w formie anegdoty. Dziś myślę, że łączyła się z tym stwierdzeniem słuszna obawa, że ta dzikość może nie przetrwać, kiedy pojawią się tam turyści, a byłaby to niepowetowana strata… Sami byliśmy świadkami tego, że przemierzając fascynujące rejony roztoczańskiej głuszy, można przez cały dzień nie spotkać ani jednej osoby. Wyludnienie i dzikość łąk, to dwa zjawiska, które uderzają w oczy,  niezamieszkujących w tym rejonie ludzi. W szczególności doświadczyłam tego, stojąc w punkcie widokowym (koło betonowego koryta) w okolicach przedwojennej wsi Dahany I i II. Pierwotny charakter łąk, porosłych gęsto dziurawcem, rdestem, cykorią podróżnik, kocanek piaskowych do dziś przywodzi mi na myśl wspomnienie wczesnego dzieciństwa. Nigdy potem nie spotkałam już tak dzikiej i naturalnej łąki jak na obszarze nieistniejących podkarpackich wiosek. Nie trzeba dodawać, że na obszarach przekształconych rolniczo, dziś w 2016 roku spotkanie prawdziwie naturalnej łąki i czystego powietrza niemalże graniczy z cudem.

Przy okazji warto przytoczyć smakowitą anegdotę, jaka przytrafiła się nam podczas nagrań jednego z wywiadów. Podczas opowieści o dzikich wzgórzach roztoczańskich wiosek, stojąc na skraju lasu, usłyszeliśmy śmiały dźwięk wydawany przez jakiegoś ptaka, prawdopodobnie kukułkę, co nieco zakłóciło tok wypowiedzi. Nagranie musieliśmy powtórzyć, ale ptak nie dawał za wygraną, a postanowiliśmy to uszanować, wszak byliśmy gośćmi na jego terenie. Przy trzeciej próbie, udzielający wywiadu nasz przewodnik zreflektował się i przeprosił…. za dźwięk swojego telefonu komórkowego! Dowodzi to jedynie faktu, że fascynacja przyrodą bezceremonialnie opanowała wszystkie elementy jego życia….

ŚLADY PAMIĘCI

Biorąc pod uwagę fakt, że zdjęcia nagrywaliśmy tylko dwa dni, obszar, jaki udało nam się wtedy zarejestrować, wydaje mi się naprawdę imponujący. Z wędrówki powstał reportaż, który miał za zadanie przybliżyć historię regionu, jej zasoby przyrodnicze i ludzi. Wiem, że dla części mieszkańców  gminy był dosyć ważny i cieszy mnie to do dnia dzisiejszego, ponieważ został zrealizowany od początku do końca według autorskiego zamysłu, mojego i operatora[3]. Wadą tego materiału mógł być jedynie fakt, że trudno było w ciągu krótkich dwunastu minut (ponieważ tyle trwał film) znaleźć mądrą równowagę, między faktami historycznymi, nawiązaniem do kultury miejsca i przyrody. Wiele elementów nie weszło do gotowego materiału, z najnowszych dziejów historii udało się nawiązać jedynie do fortyfikacji linii Mołotowa, nie wystarczyło czasu na pokazanie Miejsc Pamięci Narodowej.

Trudy nagrań w deszczu zostały wynagrodzone niezwykłymi widokami – zwilżona przyroda, co chwilę nabierała świeżego oddechu i odrodzona ukazywała nam się w pełnej krasie. W moich wspomnieniach na zawsze pozostanie zapierający dech, widok Gorajów, z unoszącymi się, świeżo po burzy, kłębami pary wodnej.  Bardzo cieszę się, że mimo upływu czasu, GERP nadal istnieje i chroni pamięć swojej małej, fascynującej ojczyzny.


[1] GERP w składzie: P. Krzysztof Woźny, P. Grzegorz Woźny, P. Bartłomiej Łaguniak. P. Paweł Rydzewski, ze względów zawodowych nie mógł być w tym czasie obecny w Horyńcu i uczestniczyć w wyprawie, wspierał nas jednak merytorycznie i duchowo.

[2] Korzystaliśmy z wiedzy Franciszka Gajerskiego, historyka i regionalisty.

[3] Autorem zdjęć do reportażu był Marcin Wójtowicz.

 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.