Stanisław Baran

Bawarczycy na Roztoczu

Gazeta Horyniecka nr 43 i 44 / opublikowane za zgodą autora i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu bez zezwolenia jest zabronione.

Części poprzedzające: Rok 1915 część 1 i 2

Część III

Zbliżała się Ekscelencja z oficerami, którym mieliśmy towarzyszyć. Patrol ułanów dołączył do nas. W rozdeptanym piachu obok drogi, dalej w poprzek przez zaniedbane pola galopem za nimi. Rozpoznanie terenu, patrole miały zbadać stan dróg, szczególnie zasoby wód. Dywizja, jako rezerwa miała zająć nowe pozycje. Około południa dotarliśmy do Zaleskiej Woli; sztab korpusu gwardii wyprowadził się, aby iść za posuwającym się wojskiem. Przy spalonym domu przy drodze, chyba był to zajazd, zatknięto flagę dywizji do oznaczenia i rozpoznania kwatery sztabu przybywającym tu ordynansom, gońcom itp. Dowódca wydawał tutaj rozkazy i oczekiwał na masy piechoty, które w oddali wzniecały tumany kurzu, dosłownie brodzili w piachu. Od wschodu i zachodu wsi rozłożyły się wojska nowo zebrane. Zostałem zluzowany, pobrałem racje i chciałem nakarmić mego „Bubi”, którego przywiązałem przy drzewie. Ktoś ukradł worek do karmienia konia. Przeklęty. Wkrótce „znalazłem” nowy. Rozejrzałem się w tej „miejscowości.” Parę biednych chałupek i ta miniaturowa cerkiew na pagórku w ruskim stylu, z drewna i blachy były w całości zachowane. Sprzęty, których Rosjanie nie potrzebowali, były porozrzucane. W cerkwi [w Zaleskiej Woli], w jednym dużym pomieszczeniu był urządzony magazyn prowiantu.  Tu nie ukazał się Jezus, aby ich przepędzić, jak to kiedyś biblijnych handlarzy wyprosił z templa. W pogotowiu do wymarszu leżeliśmy pokotem rozłożeni; tu i tam rozdeptana roślinka świadczyła, że nie dawno był tu ogródek warzywny. Kilka drzew owocowych obdartych z kory dowodziło, że było już tu wiele koni przywiązywanych. Etapowi dostarczyli nam tutaj nową pocztę. W pobliskich krzakach trafiono na dwóch rannych Rosjan. Sanitariusze opatrzyli ich ropiejące rany w nogach od odłamków granatów. Od wschodu dochodziło dudnienie z ciężkiego kalibru. O godzinie siódmej rozkaz: rozsiodłać konie rozbić biwak. Wieczór był zimny. Było jeszcze trochę słomy tak, że w nocy nie musieliśmy spać na gołej ziemi. Poranne słońce zastało nas w pogotowiu marszowym.

Biwak w Galicji, mal. Carl Pippich.jpg
Biwak w Galicji, mal. Carl Pippich

O godzinie dziewiątej trzydzieści rozkaz do wymarszu. Idziemy kawałek z powrotem, za Duńkowicami ostry skręt na północ [na Bobrówkę]. Bezgłośnie pędzimy przez piasek po kostki. Nikt nie rozmawia, inaczej miałby pełno piasku w ustach. W tutejszych miejscowościach ten sam obraz: spalone domy, rozdeptane ogródki. Około południa odpoczynek w Bobrówce. Objąłem wartę. W  szybkim tempie rozwinięto sieć telegraficzną do niskiego domu, gdzie znajdował się sztab oficerów, tyle, co zakończono pracę, dowódca z oficerami odjechali automobilem dalej. Zostaliśmy na miejscu w pogotowiu, w każdej chwili gotowi do wymarszu. Bez obiadu – kuchnie polowe były jeszcze daleko na tyłach, nie czekając, ruszyliśmy dalej. Drogą w kierunku północno-wschodnim mijaliśmy opuszczony dworzec nieczynnej linii   kolejowej Jarosław – Rawa Ruska. Pochmurne niebo, puste pola i ciemność idąca z lasów sosnowych tworzyły ponury nastrój, zupełnie inaczej było przy promieniach słońca i soczystej zieleni, kiedy to zapominałem o wojnie. Tu i tam zwłoki Rosjan. W ziemiankach przed rowami strzeleckimi sterczą wbite w ziemię rosyjskie karabiny, których właściciele poddali się w porę. Pociski naszej artylerii gwiżdżą ponad nami. Za wsią łąki usiane są kraterami po wybuchu granatów, lej przy leju. Tu artyleria wspomagała piechotę przy szturmowaniu tej miejscowości. Tutaj zbędne było kopanie zbiorowych mogił dla poległych, do jednego leja wchodziło tuzin ciał.

Cmentarz wojenny w Korzenicy.jpg
Cmentarz wojenny w Korzenicy (fot. Stanisław Baran)

Nad Lubaczówką  zrobiło się tłoczno. Most, przy którym pracowali pionierzy i Rosjanie nie był jeszcze gotowy. Tu rzekę przekraczano, brodząc. Z lewej, jeńcy –Rosjanie z pokrzykiwaniem pomagali pchać ciężkie wozy, stojąc po kolana w wodzie. Przedostał się wóz bez ich pomocy na drugi brzeg, był oklaskiwany, co sprawiało im wiele radości. Z prawej przeprawiała się kawaleria, automobile i lekkie furmanki po chwiejącym się pomoście. Po drugiej stronie rzeki cała ta zbieranina wyrusza dalej w drogę. Późnym wieczorem odpoczynek przy leśniczówce Bachory, w domu myśliwskim sztab ulokował kwaterę. Stałem na zewnątrz, na warcie przy drodze na nasypie  przed flagą dywizji. Smutno, z powrotem przeciągał jakiś pluton, około  450 jeńców ciągnących karabiny maszynowe za sobą. Bez końca, do późnej nocy ciągły się szeregi przez Lubaczówkę i dalej do Lipiny i Starego Sioła. Między dwie dywizje wstawiono naszą do ochrony flanków i tyłów. Jeszcze tej nocy starła się z wrogiem i przez następne trzy dni brała udział w walkach o Lubaczów [13-16 czerwca 1915] wraz z armią Mackensena.

Poluzowany odebrałem porcję jedzenia z kuchni polowej, która akurat tutaj przybyła. Mój koń otrzymał już swoją rację. Mżawka i zimny wiatr z północnego-zachodu siekły w twarz niby listopadowa pogoda. Konie stały z opuszczonymi łbami, rozsiodłano je, rozbito biwak, rozłożyliśmy się w mokrej trawie. Wgłębienie siodła służyło jako zagłówek, spało się dobrze jak w najlepszej pierzynie. W nocy stałem na warcie, ciągły się samotne godziny. Ociężale snuły się mgliste deszczowe chmury ponad polami i krzakami.

Z rana wyruszyliśmy dalej. Tłumy uchodźców z miejscowości leżących na linii walk frontowych, głównie z Oleszyc, Lubaczowa, Dachnowa [w tekście Deichnow], prawdziwi Żydzi o woskowych twarzach z pejsami, w kaftanach, młodzi o dziwnie postarzałych twarzach. Lewą i prawą stroną drogi ciągły się tłumy z ich tobołkami, z małymi dziećmi, pozdrawiając zdejmowali kapelusze; kobiety wymachiwały rękami, życząc nam szczęścia. Ich przeładowane wozy i wózki w korycie rzeki stwarzały obraz falochronu. Wędrowali daleko, aby jak najdalej od zagrożonego ostrzałami terenu i niszczącego ognia. Na jednej łące pod lasem rozłożył się duży biwak uchodźców otoczony bydłem, kozami i owcami. Ludzie marzli, współczując im cieszyłem się, kiedy słońce wyjrzało. Odpoczywaliśmy w Lipinie, w wiosce o 20 domach, z których większość była uszkodzona przez pożar. Panował tu ożywiony gwar. Wozy z amunicją i prowiantem, ranni jeńcy, telegrafiści, sanitariusze, oddziały wojsk w nieustannym ruchu. Oprócz naszego sztabu kwaterowały tu jeszcze inne. Oficerowie, ordynansi, rowerzyści, gońcy wchodzili  do niskiej chaty tam i z powrotem. Telegrafiści  rozłożyli się na słomie, przychodził meldunek za meldunkiem. Stoję na warcie pod flagą, która wyblakła od słońca i deszczu. Nadszedł meldunek: „Zajęto park przy zamku w Oleszycach’’- miasteczko leżące 6 km. stąd. Później wydano rozkaz dla artylerii „Rosjanie masowo wycofują się z N. [Narola?], koncentrować ogień na ten obszar.“ Ujęto kilku szpiegów i przekazano ich przed sąd wojenny. Z lewej, około 1000 m od nas u podnóża wzniesienia bije ogniem artyleria. Około południa wycofała się. Z prawej, po drugiej stronie drogi, ukryta za płonącym Zalesiem, ciążka bateria bije krótkimi, niszczącymi salwami. Dochodzi południe, naszego zaplecza jeszcze nie widać, żelazne racje już rano zostały skarmione. Z konieczności karmiliśmy konie zielonką. Na pobliskich polach z zielonego jęczmienia zrobiliśmy  przedwczesne żniwa, połowa pól padła ofiarą. Dokuczał nam brak wody; do południa dwie cysterny przywiozły nieco żółtawej cieczy, szybko się wyczerpała, a zapotrzebowanie było duże.

Lazaret nr 4. biwak pod Narolem, 6 wrzesnia 1914.jpg
Lazaret nr 4. biwak pod Narolem, 6 września 1914 r.

Udałem się w poszukiwaniu nowego źródła; drogą rzadko zabudowaną gdzie wśród pól miał znajdować się staw. O, tu są ślimaki! Gdy wracałem do wsi wyszła mi naprzeciw rozpłakana, załamując ręce kobieta, jedna z niewielu pozostałych tu mieszkańców. Z jej ust tryska strumień żałosnych słów po polsku. Nie rozumiałem, ale widziałem; tuzin koni pasących się w na wpół dojrzałych uprawach. Co tylko spojrzała w tamtym kierunku – lały się nowe łzy, sypały się nowe skargi. To był chyba jej ostatni dobytek, jaki uchronił się przed Rosjanami, a z konieczności przez nasze wojsko skarmiony, aby konie zachować przy sile. Dopiero druga kobieta rozumiejąca nieco niemiecki uspokoiła ją. Tak, to jest wojna z jej okropnościami i nędzą, jak dla wroga tak i dla przyjaciela. Wyglądało na to, że tylne posiłki zatrzymano celowo, aby kolumny z amunicją mogły szybciej iść do przodu, kolej do Jarosławia była przerwana, więc droga musiała być przejezdna. Brakowało żywności, ale konie musiały otrzymać paszę. Po południu ostra strzelanina. Znowu stałem na warcie, dwóch godziwych panów, chyba najstarszych ze wsi chciało rozmawiać z „komendantem”. Chyba widziałem ich już na zdjęciach z historii biblijnej. Pytając, w jakiej sprawie, opowiadali, że zmarł jeden z ich rodu; aby go godnie pogrzebać prosili o konia i furmankę. Dziwne! Tak, jakby tocząca się wojna o parę kilometrów stąd dla nich w ogóle nie istniała; dla nich najważniejszym było pochować zmarłego według ich rytuału. Jakby wóz i koń wojskowy nie był do resztek sił wykorzystany, jakby teraz było to najważniejszym celem, jakby to tysiące i setki tysięcy poległych różnych wyznań nie leżało w obcej, niepoświęconej ziemi. Przywołany oficer odprawił ich z poleceniem, aby zmarłego zanieśli na cmentarz albo tymczasowo pochować na miejscu, a po wojnie złożyć w poświęconej przez rabina ziemi.

Z przybyłym bagażem dostarczono paszę i chleb, przybyła też kuchnia polowa. Jeńcy wlekli się wycieńczeni w długim rzędzie, ciągnąc za sobą kilka karabinów maszynowych. Udaliśmy się na biwak. Konie odstawiono w stodołach gdzie była słoma, zdjęliśmy z nich ciężkie siodła. Stanąłem na warcie. Zachodziło czerwone, zamglone słońce. Na wschodzie jaśniały łuny walk ponad unoszącymi się kłębami dymu płonących wiosek. Zapadała ciemność, uspakajało się; kto mógł, odpoczywał. Pewien zagubiony Rosjanin został przekazany na posterunek warty do czasu nadejścia większego transportu jeńców. Zmęczony zwinął się w kłębek w przydrożnym rowie. Trząsł się od zimna i kaszlał; jego cienka bluza nie chroniła go dostatnio. Wskazał gestem, że chciałby trochę słomy, ale ja nie mogłem ruszyć się z warty, przecież on mógłby zbiec. Na mój odmowny gest młodzieniec rozpłakał się, szlochał, że aż bolało serce. Moje współczucie przemawiało mi, aby pomóc bezbronnemu wrogowi, ale obowiązek służbowy na to nie pozwalał. Po zluzowaniu warty kazałem nanieść mu słomy, w której przytulnie się zakopał. Ucichło echo ostatnich wystrzałów. Przyjaciel i wróg usnęli z wyjątkiem straży, patroli i gońców. Okopywano się tu i tam. Z poranną szarówką dywizja ruszyła do natarcia, głównie na las, dobrze oszańcowany pod  Latoszyną i Uszkową. Obydwie wsie i wzgórze leśne zostały zajęte mimo ostrego, flankowego ognia. Morderczy atak Kozaków załamał się z dużą stratą w ludziach i w koniach. Stąd dalej na prawo na lasy przy Zabiałej, gdzie Rosjanie byli mocno okopani. Dywizja z lewej posuwała się wolno za cofającymi się Rosjanami, zajęto Futory-Maślanków.

Tu rozproszone, aż po Dachnów wojsko odpoczywało w nocy. Do niewoli wzięto paręset jeńców. Prawostronna dywizja w gorącej bitwie, w jednym ciągu zdobyła Oleszyce i Lubaczów. Następnego poranka kroczyliśmy za wojskiem przez Zalesie i Oleszyce, gdzie w parku zamkowym znajdującym się na wylocie długo ciągnącego się miasteczka mieliśmy odpoczynek. Opustoszałe uliczki, jednopiętrowe domy niewiele ucierpiały, ominęła ich pożoga ognia. Na skraju parku w rowach strzeleckich leżeli jeszcze zabici. Stąd niemieckie  oddziały miały otwarte pole do odparcia nacierających Kozaków – w oddali leżały martwe konie, niektóre jeszcze osiodłane, pod ich wzdętymi brzuchami przywaleni, polegli jeźdźcy. Tylko kilku Żydów, chyba niedobrowolnie grzebało poległych i konie, rozpoczynając pochówki tuż przy drodze. Jeszcze do południa wyruszyliśmy dalej; w lesie pod Futorem odpoczynek na posiłek wspólnie ze sztabem pruskiej dywizji, która została połączona z naszą, tworząc korpus kombinowany. Końska padlina i świeżo wykopana studnia, przy której żółtą wodą pojono konie, świadczyły, że był tu niedawno biwak kawalerii. Dywizja rezerwy w przemarszu częściowo żywiła się sama [częściowo z rekwirunku], od północy słychać kanonadę ciężkich dział. Dwie godziny na warcie szybko minęły na obserwacji przeciągających tędy obrazów. Przesuwały się pruskie, ciężkie baterie moździerzy, austriackie lekkie haubice polowe, husarzy, dragoni, ułani, węgierscy husarzy w jasnoczerwonych spodniach i czapkach, w tych znanych futerkiem obszytych żakietach, na przemian z kolumnami amunicji.

Około godziny czwartej idziemy na wschód przez dymiący Maślanków, przez puste pola, rozjeżdżoną rolę. Tu i tam kupki amunicji artyleryjskiej, której Rosjanie nie zdążyli sprzątnąć. Naszym następnym stanowiskiem bojowym były otwarte pola przy drodze Lubaczów – Dachnów za baterią, która swój ogień kierowała na północ ponad Dachnowem przeciwko ogniu rosyjskich flanków. Na noc zajęliśmy folwark przy drodze, około dwóch kilometrów od Dachnowa. Wzdłuż muru od południa ciągnął się rów dobrze wzmocniony, wychodził daleko w pola, rozchodząc się na wschód i zachód; obok zwłok Rosjan leżały karabiny oraz niezliczone ilości amunicji i łusek. Te łuski świadczyły, skąd zionęła śmierć przeciw nam. Po ostrzale został zajęty Dachnów. Z trzech stron okrążony poddał się szturmującemu, przy głośnych trąbach wkraczającemu pułkowi. Artyleria i piechota napierały od północy, korpus kombinowany wkroczył w teren między równolegle płynące tu rzeczki Brusienka i Świdnica przed rozpoczynający się Wielki Las na około 4 km. szeroki i 12 km. długi. Teren jest tu pagórkowaty jak większość krajobrazu w tym regionie. Nadchodząca noc uniemożliwiła dalszy przemarsz rozjeżdżoną koleiną leśną, droga – Cieszanów – Podemszczyzna. Korpus kombinowany rozłożył się tutaj na zasłużony odpoczynek [na nocleg].

Dywizja sąsiednia z prawej, idąca wzdłuż torów przyłączyła do nas jej prawym skrzydłem pod Horyńcem. Lewe jej skrzydło przyłączyło się do austriackiej dywizji pod Cieszanowem. Linia frontu biegła prawie na północ, ale poruszano się bardziej na wschód, na Rawę Ruską, tu chodziło o zajęcie linii kolejowej biegnącej z północy na południe, Tomaszów – Lwów, ważnej do przerzutu wojsk rosyjskich. Na noc udaliśmy się z końmi do pustych stajen folwarcznych. Strzecha z niskiego domu była dobra na ściółkę i na legowisko do spania. Pompa wodna przy głębokiej studni dawała mało, ale dobrą wodę, czym ucieszył się kucharz i ugotował nam kociołek kawy. Po północy stanąłem na warcie przy drodze. Wokół bezszelestna cisza. W półmroku nowego dnia ożywa ruch, przejeżdżają rowerzyści. Tylko tych leżących przede mną w szczerym polu, nie obudzi już nadchodzący nowy dzień. W ucieczce z rowów strzeleckich dosięgnął ich los.

W porannych godzinach ruszyliśmy dalej. Pierwszym stanowiskiem dowodzenia dywizji był folwark koło Załuża, później mały sad pod Smereszyną, przed obiadem przeniesiono się do miejscowości Horynaki – 3 albo 4 domki. Miejscowości leżące między rzeczką  Świdnicą a Wielkim Lasem, które są dostępne polnymi dróżkami tylko suchą porą, nie były dotknięte działaniami frontu, ich mieszkańcy pozostali na miejscu. Oddziały Kozaków zapewne i tutaj rekwirowały w nie bardzo uprzejmy sposób, kiedy jeden z naszych wszedł do chaty, aby kupić mleko, przestraszona chłopka z uniesionymi rękami błagała rozpaczliwie. Uśmiechem uspokoił ją i otrzymał garnek mleka, którym ze smakiem się podzieliliśmy. W jednym miejscu koń rozgrzebał kopytem świeżą mogiłę, tak, że ukazała się ręka i kilka lanc kozackich, chyba zostały porzucone w lesie przez ich właścicieli.

Konie uwiązaliśmy do drzew owocowych i płotów przy trzech tutejszych chatach, inne, spokojne konie pasły się wolno. Pod drzewem i przy prowizorycznych stołach siedzieli oficerowie sztabowi, obok stał często dzwoniący telefon. Przybyła parująca kuchnia polowa. Znowu stałem na warcie przez dwie godziny, po kilku chłodnych dniach słonce grzało nieznośnie. W pobliżu biła ciążka artyleria. Po południe obijaliśmy się, leżąc obok koni w trawie, spali, gawędzili, pisali listy, ale ciągle w pogotowiu do wymarszu. Wieczorem rozkaz „rozsiodłać’’. Najpierw karmić, poić, wodę przyniosłem z czarnej, żabiej sadzawki, napełniłem koniu worek obrokiem, usiadłem do kawy. Poczta polowa dostarczyła mi przed południem kawałek słoniny w paczce z domu, miałem znakomitą kolację. Zapadła zimna noc. Zdobyliśmy  jeszcze wiązki słomy dla nas i dla koni, urządziliśmy sobie nocleg.

W nocy znowu warta w głębokich ciemnościach. Bez przerwy dzwoni telefon – łącznica – „centrala”, który stoi przy lampie karbidowej. W szopie siedzi oficer sztabu generalnego nad mapami, odbiera wiadomości, wydaje rozkazy. W kątach przykucnięci, pod drzewami skuleni albo pod płotem głęboko drzemią gońcy, odbiorcy rozkazów.

Rankiem wyruszamy za wojskiem do wielkiego lasu. Dzień wcześniej dywizja nie tylko oczyściła częściowo bagnisty las z wroga, wzięła też szturmem Podemszczyznę i wdarła się na Piaskową Górę, która była silnie oszańcowana; z korpusem kombinowanym zajęto okoliczne miejscowości. Oprócz zdobytych terenów wzięto kilkaset jeńców.

Część IV i ostatnia

To był wspaniały letni dzień. Bezchmurne niebo, cieplutko w lesie, piękne zapachy. Między młodymi sosenkami przeleżeliśmy całe dopołudnie na miękkiej ściółce z mchu. To, że artyleria obok grzmiała, nie przeszkadzało nam. Obserwujemy poczynania rosyjskiej artylerii, granaty i szrapnele nam przeznaczone wybuchały zawsze przed nami. Wszystko „za krótko”, zauważyliśmy złośliwie. Akurat byłem zajęty żuciem łykowatej słoniny: życzyłem sobie, aby mi teraz nie przeszkadzano, do diabła, aby tylko nie strzelali nie „za krótko”. W obiad koniom rozwiesiliśmy worki
z obrokiem; do wodopoju jeżdżono grupami do Hymiaków.

O czwartej po południu przybyła kuchnia polowa. Tyle, co zdążyłem zjeść, a tu rozkaz; gnać z meldunkiem do magazynu z prowiantem koło miejscowości Tymce, około 3 km. stąd. Kiedy wróciłem, sztabu już nie było. Musiałem przyłączyć się do małego  taboru. Nad Świdnicą oczekiwaliśmy na duży tabor. Była to dobra okazja, aby tutaj gruntownie się umyć i dobrze napoić konie. Koło miejscowości Krzywe otrzymałem nowe polecenie, po którego wypełnieniu miałem udać się do kwatery sztabowej w klasztorze Miasteczko [koło Horyńca]. Ciemniało się, kiedy pędziłem do klasztoru. Do Horyńca główną drogą, przy pomocy szkicu nie mogłem zabłądzić. Niesamowicie dłużyła mi się ta droga w ciemności, okolica była tu zupełnie pusta. Jechałem wolnym krokiem, mój koń był zmęczony. Około północy dotarłem do spalonego dworca w Horyńcu. Cały wschód w szerokim zasięgu tylko ogień i dym; jeszcze w toku wrzała rozgoryczona bitwa. Godzinami ryczały działa największego kalibru. Od salw z 5 i 6 dział raz w raz drżało powietrze i ziemia. Niekończące się ta – tra – ta – ta niezliczonych karabinów maszynowych odróżniało się od nieregularnego, ale nie mniej żywego ognia piechoty. W uliczkach kłębili się ranni, wycieńczeni w oczekiwaniu na wozy sanitarne.

Ulica prowadząca do miejscowości była zatłoczona przez zmieszane ze sobą kolumny. Przez chwilę nie można było się ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Duży wóz z prowiantem w ciemności przewrócił się na jakiejś przeszkodzie. Z wielkim wysiłkiem został postawiony; kłębek się rozwiązał. Przy prowizorycznym mostku na potoczku stał ułan na straży. Od niego dowiedziałem się, że sztab znajduje się kilka kilometrów dalej. A więc z powrotem; w Horyńcu znowu pytałem, ale nikt nie wiedział, gdzie znajduje się sztab dywizji, nikt nie znał klasztoru Miasteczko [w tekście Miastezki]. Ale dowiedziałem się, gdzie jest główna kwatera armii – w zamku na południowym wylocie miasteczka. Wreszcie tutaj  dowiedziałem się, jak mam jechać do tegoż klasztoru. Szarzył  się nowy dzień, mój koń był wykończony, zatrzymałem się w pierwszej znalezionej stajni na krótki odpoczynek. Obudziłem się pogryziony przez insekty; przez bąble na głowie nie mogłem włożyć hełmu. Krocząc w głębokim piasku, zbliżałem się do klasztoru, murowany jednopiętrowy dom z małym kościółkiem. Boczne budynki tworzyły rodzaj podwórka, na którym biegał zakonnik i zatrzymywał każdego, kto by chciał cokolwiek mu zarekwirować. Musiałby mieć sto par oczu i być jednocześnie w wielu miejscach. Kiedy on pytał, po co jest komuś potrzebny kawałek drewna, ktoś inny w tym czasie wyniósł kilka snopów słomy i siana, czego jeszcze przed chwilą zabronił. On nie był bardzo przyjazny dla Niemców, nie świadom wysokiej konieczności tej chwili; „oddać cesarzowi co cesarskie’’, według tego starego powiedzonka, a przynajmniej cokolwiek przyjaźnie potrzebującym ofiarować. Cała ta jego bojaźliwa bieganina na nic się nie zdała. Większość koni stała zwykle pod gołym niebem, ściółka była konieczna, gdyż konie leżąc, mogą lepiej wypocząć. Rzadko kiedy kładł się koń na gołej ziemi. Oprócz tego troskliwego zakonnika widziałem jeszcze brata, pomocnika, który „błyszczał” w wysmarowanej sutannie i w naprawdę brudnym kapeluszu. Nie było tu innych mieszkańców.

Konia uwiązałem przy płocie, zarekwirowałem nieco słomy i siana, pobrałem owies i wodę z bagnistego potoku w dolinie. Nie było nakazu gotowości bojowej, więc rozsiodłałem, a „Bubi” zaraz położył się na słomie. Ja tak nie mogłem postąpić, musiałem udać się na posterunek. Rozejrzałem się, wokół klasztoru stały biedne chaty, przeważnie nieuszkodzone, ale opustoszałe. Mieszkańcy wracali jeden po drugim. Do jednego, nieco lepszego domu wprowadziła się rodzina żydowska, do innego podjechał wóz załadowany dobytkiem; ułani, którzy tutaj kwaterowali, dobrowolnie zrobili miejsce. Ten chłop z jego końmi i furmanką został od razu przeznaczony do służby wojskowej, na pewno jeszcze nigdy nie był wynagrodzony za jego furmanowanie. Coś szczególnego zauważyłem tutaj [Horyniec-Miasteczko]: na wszystkich chatach, na zewnątrz wiszą małe obrazki świętych w byle jakich ramkach, takie widziałem u nas w sklepie z antykami; podobno są błogosławieństwem dla domu. Ułani wzięli kilkaset Rosjan, wielu z nich było rannych. To byli jeńcy z cesarskiego pułku gwardii, którzy stali naprzeciw naszych pułków rezerwy i zostali wyparci z ich pozycji. Byli to żołnierze o dobrym wyglądzie, dobrze odżywieni, ogoleni – daleko od tych postaci przedstawianych w karykaturach pism satyrycznych. Z pomocą przydzielonego austriackiego tłumacza dokonano przesłuchania dwóch oficerów i kilku podoficerów. Przyprowadzono też szpiegów i zdrajców, ci próbowali przekonać tłumacza w potoku słów i żywej gestykulacji o ich niewinności. Czas obiadu zleciał na poborze prowiantu, karmieniu, pojeniu, jedzeniu, apelu. Po obiedzie czyściłem konia, położyłem się w kącie na godzinkę snu. Około godz. 6. otrzymałem rozkaz, aby z meldunkiem udać się do miejscowości Tymce [w tekście Tymoc]. Galopowałem tą samą drogą, którą wróciłem tu w nocy. W dzień nie dłużyło się tak jak nocą, naturalnie, wypoczęty koń był też dziś szybszy.

Okolica za dnia miała zawsze ten sam bezpowabny charakter. Nawet słońce nie zdołało temu ponuremu krajobrazowi nadać miłego oblicza. Noc ukryła przynajmniej zły stan „drogi”. Ponad bagnami i pustą krainą rozpościerał się mglisty, osłaniający welon. Droga wyglądała okropnie. W czasie pokoju – kiedy ruch jest nieznaczny, wystarcza dla małych furmanek – od klasztoru do … tylko na 2 do 3 m. szeroka, teraz była na 6 do 8 m a nawet 10 m i szersza, omijana wciąż przez kolumny, aby mieć twardy grunt pod nogami, się poszerzyła. Koła zapadały się w piasku, piach nabierał się i odpadał, jak miękkie masło z ostrza noża, sypał się z felg, z lewej i prawej często do połowy szprych. Konie grzęzły po pęciny, nie mogąc znaleźć twardego gruntu pod kopytami, ciągnąc ciężkie wozy. Najgożej było tam, gdzie przeszkody nie można było ominąć bokiem. Gorzka konieczność za wszelką cenę poruszać się do przodu stawała się męczarnią dla zwierząt, raz ugrzęzły wóz nie dawał się ruszyć z miejsca mimo wzmocnienia zaprzęgu. Nie jeden koń, który wydał resztę z siebie, widziałem, jak pod ciosami uderzeń padał na ziemię.  Automobile miały nie lepiej. Dogoniłem auto osobowe, które posuwało się tylko dzięki pomocy przechodzącej tędy grupy Rosjan, to było ok. 10 godz. wieczór. Około północy spotkałem to auto jeszcze raz pod Horyńcem – stało ugrzęzłe. Skulony szofer spał w nim, chrapiąc. Może śnił o szarżowej jeździe. Droga z Horyńca, która niby zasługiwała, aby nanieść ją na mapę, nie była o włos lepszą. Dopiero teraz za dnia dobrze widziałem, jak bardzo zniszczony był dworzec, który leży dobry kawałek za miasteczkiem, co było dobrą stroną, gdyż ogień nie przerzucił się na budynki, z których dwa albo trzy były murowane, wielopiętrowe.

Przy miejscowości Krzywe droga zataczała duży łuk, wyjeżdżając stąd popędziłem w poprzek przez dolinę Świdnicy, dalej przez las; półtorej godziny krokiem i trabem – meldunek nie był aż tak pilny – dotarłem do Harn [?], typowo galicyjskiej wsi, która przez furię wojenną została łaskawie potraktowana, zabudowania nie były uszkodzone. W jedynym tu murowanym, na biało pofarbowanym domu, chyba to szkoła, znajdował się lazaret polowy, gdzie było miejsce tylko dla operowanych i ciężko rannych. Liczni ranni leżeli na dywanach, płachtach, na sianie, słomie itp. ulokowani w okolicznych chatach, stodołach i namiotach. Na jednej łące obozowało kilkaset jeńców, tutaj ich żywiono, trzej ułani przyprowadzili nową grupę 85 chłopa. Artyleria rosyjska słała jeszcze za nimi ogień, maszerujących przez dolinę Świdnicy wzięto za wojsko niemieckie. Po przekazaniu meldunku i chwili oczekiwania mogłem znowu odjechać. Inny goniec przyłączył się do mnie; w drodze dopędzili nas trzej ułani, także droga powrotna trwała bardzo krótko. Oszczędzając konie jechaliśmy tylko krokiem. Nad Horyńcem rozpościerał się cień nocy. Na bagnach między dworcem a miastem rozlegał się głośny koncert niezmordowanie kumkających setek żab, prawie rytmiczne, wielogłosowe rechotanie ropuch dodawało melancholijnej nuty. Około godz. 10. byliśmy w klasztorze. Zameldowałem się, z sąsieku nabrałem siana – owsa już nie było – przyniosłem wodę i nadeszła północ, położyłem się na słomie obok mego konia. O trzeciej już pobudka i na wartę. Nawet nie zauważyłem, że padał deszcz. W szarówce mglistego poranku kroczyłem tam i z powrotem. Cisza wokoło, tylko słychać krople deszczu spadające na liście, tu i tam ciche ćwierkanie budzących się ptaszków.

W takiej nocnej ciszy chętnie wędrują myśli na spacer – daleko, daleko przez góry i doliny do ojczyzny. Też moje myśli w tej chwili wzlatywały ponad opustoszałą Galicją, przez czeskie lasy do miasta leżącego w sercu pięknej Bawarii, biegały ulicami do znanych domów, pukały do drzwi, które były mi często otwierane. Nagle odgłosy rozmów i kroków rozdzierają tę ciszę. Kilku szeregowych prowadzi grupę jeńców. Muszą poczekać, aż przyjdą oficerowie z tłumaczem. Rosjanie przykucają pod płotem i drzemią ze świadomością, że ich tu nic złego nie spotka, że wojna dla nich już się skończyła. Też obstawa szuka suchego miejsca, aby odpocząć przez godzinę. Tylko jeden szeregowiec pilnuje Rosjan, nie ma obawy, aby zbiegli. Ten wartownik opowiedział mi o walkach z ostatnich dni. Podczas natarcia na Nowiny Horynieckie Rosjanie zastraszeni silnym ogniem artylerii gromadnie wychodzili z rowów strzeleckich, z podniesionymi rękami, poddając się. Dopiero o wpół do siódmej zostałem zluzowany. Ułani, którzy mnie zmieniali byli w terenie z meldunkami. U gospodarzy, którzy powrócili do swoich zagród można było kupić mleko po cenie jak w mieście. Mieliśmy znakomite śniadanie! W jednej szopie zwolniło się miejsce dla konia, było tak małe, że koń nie mógł się obrócić. Wstawiłem tam mego „Bubiego”, był pod dachem i miał suchą ściółkę. Na popołudnie zapowiedziany był apel konny, przespałem go w kącie obok mego konia. Wieczorem byłem na krótkim spacerze. Zachodzące słońce nadawało okolicy wiele powabu. Cmentarz, który obejrzałem znajdował się w stanie dla nas nie do pojęcia. Nie było tu świeżych zniszczeń przez wojnę, ale ślady dawnego zaniedbania. O zachodzie słońca wracałem do kwatery brodząc w piasku, jakoby w głębokim śniegu, co mnie bardzo męczyło, nie byłem przyzwyczajony do chodzenia pieszo. Za każdym krokiem noga do tyłu, co było denerwujące. To nauczyło mnie teraz doceniać mego konia. Teraz zrozumiałem jakiego czynu dokonała nasza piechota, maszerując całymi dniami przez tę półpustynię i czego dokonały konie pociągowe przy ciężko obładowanych wozach. Bez rozkazu na dzień następny położyliśmy się do snu.

W środku nocy znowu warta. Od strony frontu dochodzi kanonada, niebo oświetlone łunami. O trzeciej zmiana warty, przez parę godzin mogłem poleżeć na uchu. Z rana też żadnego rozkazu; obok z ułanami mogłem zjeść spokojnie śniadanie. Wyczyściłem konia i szorki [uzda]. Z meldunkiem musiałem ponownie gnać do wsi Tymce. Duszność usypiająca zalegała nad okolicą; powietrze stało w bezruchu. Konie ociężałe, leniwe. Na małym wzniesieniu zawiodły silniki dwóch samochodów ciężarowych, których koła ugrzęzły głęboko w piaszczystych koleinach. W poprzek przez dolinę Świdnicy, brodząc przez płytki potok maszerował pruski batalion w kierunku do drogi. A tu Bums! Powitanie przez Rosjan. Śmiertelny ładunek zarył się głęboko w miękkim gruncie. Batalion bez strat wyszedł z tej doliny. Zawsze unikałem marszu przy kolumnie. Po przekazaniu meldunku rozejrzałem się za obiadem; w kuchni polowej przy lazarecie otrzymałem posiłek. Konia puściłem na popas, postarałem się też o siano. Setki jeńców żywiło się z jednego olbrzymiego kotła. Za pół godziny udałem się w drogę powrotną. Będąc już w drodze, dowódca jednego oddziału skierował się do mnie z pytaniem o bezpieczną drogę do wsi Hymiaki [w tekście Hiymaki], kolumna ta była wcześniej ostrzeliwana w dolinie Świdnicy. Bez mapy mogłem wskazać tylko domyślnie, przez południową część lasu, dalej przez Tymce. Artyleria rosyjska z jej stanowiska na wzniesieniu miała dobrą widoczność na całą dolinę łąk, zakłócała dostawę prowiantu i amunicji, przemarsz posiłków itd., musiano korzystać z dróg bocznych, co też powodowało opóźnienia.

Wszystkie te zakłócenia były bardziej postarchem, a nie poważnymi stratami, dawały się jednak we znaki w regularnych dostawach. Jeden z tych automobili stał jeszcze w tym samym miejscu, drugi z pomocą zaprzęgu 4-konnego „o mocy 4 koni” pokonywał wzniesienie do mostu przez Świdnicę [Swindia-Brücke].

Na drodze do Horyńca kolumny z amunicją w ruchu tam i z powrotem między frontem a magazynem etapowym [Etappendepot] w pobliżu wsi Krzywe. Pułk artylerii piechoty zajmuje nowe pozycje. Ostra kanonada świadczy o zażartych walkach. Przybywając do kwatery usłyszałem dobrą wieść,  Lwów został zdobyty! „Słyszałem, ale nie wierzyłem”. Moje wątpliwości rozwiało dopiero oficjalne ogłoszenie na apelu przez oficera. Pogłoska, że mamy być przerzuceni potwierdziła się też na apelu. Jeszcze tego wieczoru musiałem przekazać meldunek do jednego oddziału o natychmiastowym wycofaniu się. Ołowiana duszność ustąpiła z chłodnym powiewem, wszystko, co oddychało się ożywiło. Mój koń pędził ze mną galopem w kierunku wskazanej mi miejscowości. Co jednemu cierpieniem, drugiemu radością: piaszczysty teren dla piechoty i kolumn nieżyczliwy, był do jazdy konnej jak wymarzony. Idealny teren do galopowania, skokami przez rowy, kłusem przez  strumyki. Jak okiem sięgnąć nisko pofałdowany teren z ciemnymi pasmami lasów. Żadnego budynku, żadnego punktu, gdzie by skierować wzrok. Z jednej kotliny ukazały się wierzchołki liściastych drzew, uprawne pola świadczyły o zbliżającej się tam osadzie. Skręt w lewo, prosto na drzewa, między łanami zbóż, jadę miedzami. Korony drzew są już dobrze widoczne, tu i tam słomiany dach, przede mną typowa, galicyjska wieś; w długiej dolince płytka rzeczka, często o szerokim, zdradliwym, błotnistym brzegu, drewniane chaty i studnie. Miejscowość niezniszczona przez wojnę, część mieszkańców powróciła na swoje. Niektóre podwórka i stodoły zdradzają chłopski dostatek. Austriackie i niemieckie wojsko stacjonuje tutaj, szukając i dopytując się trafiłem do mego oddziału.

Z ostatnim promykiem wieczornej czerwieni wracałem w wolnym tempie.  Niecałe 5 minut i byłem w kwaterze, i dalej w drogę do pobliskiego Horyńca. Rozkaz – następnego poranku wymarsz do dworców załadunkowych, celem odwrotu.

W wyznaczonym czasie wyruszyliśmy. W powtarzających się obrazach spustoszenia, pośród długich kolumn dywizji, których końca nie dosięga wzrok, około południa dotarliśmy do Lubaczowa. Przed miastem był postój na obiad na niecałą godzinę. Jechaliśmy przez miasto, które bardzo ucierpiało od artylerii i od ognia. To, co zachowało się sprawiało mało ciekawe wrażenie, szczególnie „sklepy” wyglądają nieapetycznie. Mieszkańcy, to bez wyjątku Żydzi, powrócili na swoje i prowadzą hałaśliwy handel zapałkami, świecami, czekoladą, ciastkami itd. Kobiety sprzedawały na ulicy słodki, biały chleb po 15 fenigów za bochenek, który nie był większy od powierzchni dłoni. Kwitło lichwiarstwo białym chlebem, kiedy żołnierze monarchii musieli żywić się kukurydzianym. Przy kościołach też tutaj, jak i w całym kraju, jeśli nie były w ruskim stylu, stały niskie dzwonnice. Wojska dywizji stały na pozycjach, jakie zajęły przed paru dniami, wzmacniane tylko w wypadku ewentualnego przeciwnatarcia. Po zawziętych walkach udało im się wyprzeć Rosjan z silnych pozycji na wzgórzach i w lasach, jak: Piaskowa Góra, Mielnica Góra, Załucka Góra [Zaluckar Gora] w lesie Buczyna, przepędzić bezpowrotnie z licznych rowów strzeleckich i szańców. Około 4000 jeńców dostało się w ręce naszych wojsk i nieznana mi liczba karabinów maszynowych.

Też tutaj Bawarczycy mieli swój chwalebny udział w walkach, które określa się, jako „Bitwa pod Lwowem” i bezpośrednio przyczynili się do wzięcia tej twierdzy. Cały świat nasłuchiwał w napięciu relacji, które ciągle meldowały o zwycięskich, olbrzymich bitwach przełomowych. Walki galicyjskie były tylko grą wstępną do bezprzykładnego ciągu zwycięstw armii niemieckich idących przez Warszawę w głąb Rosji, w których to zwycięstwach sami z podziwem mogliśmy uczestniczyć i przeżyć.

 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.