Stanisław Baran

Bawarczycy na Roztoczu

Gazeta Horyniecka nr 41 i 42 / opublikowane za zgodą autora i wydawcy. Kopiowanie i publikowanie całości lub fragmentów poniższego tekstu bez zezwolenia jest zabronione.

Już ponad 100 lat temu wybuchła I wojna światowa (zwana też Wielką Wojną), która nie ominęła też ziemi lubaczowskiej i Roztocza. Ze względu na tę specyficzną rocznicę, historycy poszukują materiałów źródłowych do konferencji, rekonstrukcji, opracowań regionalnych. Większość badaczy udaje się w tym celu do Wiednia, gdyż austriackie Kriegsarchivzawiera cenne archiwalia z terenu dawnej Galicji. Rzadziej sięga się po opracowania niemieckie, które również zawierają szczegółowe relacje z przebiegu walk frontowych na Wschodzie. Takim źródłem są niemieckie Regimentsbücher- księgi pułkowe (każdy pułk miał obowiązek prowadzić dziennik frontowy, stąd zachowało się sporo relacji dotyczących też naszego Roztocza). Jedną z takich ksiąg jest Unsere Bayern im Felde (Nasi Bawarczycy na polu walki).

Dwutomowe dzieło zawiera relacje z frontu. Autor – szwoleżer Holand, pochodzący z odległej Bawarii, przytacza realia panujące tuż po przejściu frontu, w maju – czerwcu 1915 roku, na terenie – w jego oczach egzotycznej – Galicji. To bystry obserwator, który z wyrazami głębokiego współczucia dla cierpiących, barwnie odnotowuje w swoim dzienniku ówczesne realia codziennego życia dotyczące przemarszu na odcinku od Jarosławia, przez Radymno, Lubaczów – do Horyńca.

Jako regionalista z ciekawością przeczytałem te relacje w języku oryginalnym, a moje tłumaczenie udostępniam redakcji Gazety Horynieckiej. Z sympatii do ziemi lubaczowskiej dzielę się tą historyczną wiedzą i życzę Czytelnikom odrobiny refleksji „między dawnymi a nowymi czasy”.[1]

Tekst ze względu na jego długość został podzielony na części (w przypisach kwadratowych – komentarze i uzupełnienia tłumacza).

Bawarczycy w drodze na front do Galicji dotarli do Jarosławia koleją (przerzut z Francji). Tu ich rozładowano i dalej jazda konno w kierunku Radymna….

Część 1

„(…) I tak przybyliśmy dopiero ok. godz. 2:00 do większego galicyjskiego miasta, którego nazwa wiąże się ściśle z walkami nad Sanem [Jarosław].

Budynki dworcowe, naturalnie, wszystkie zniszczone. Szybko i sprawnie zostaliśmy rozładowani i dalej konno w drogę. Natychmiast ukazały się nam malownicze obrazy, mimo że często smutne, spowodowane działaniem wojny. Na dworcu towarowym i na pobliskim placu złożony prowiant piętrzył się na wysokość domów, wokół stały kolumny prowiantowe. Tam stoi też cały rząd zdobytych dział, wozów, obok poskładana, niezliczona ilość ciężkiej amunicji. Opodal stoją konie, wycieńczone, chude, chore, ranne. Czekają na odprawę do końskiego sanatorium, czekają cierpliwie w bezruchu, w południowym żarze galicyjskiego słońca! Jedno z tych biednych zwierząt akurat kładzie się, już na zawsze, z oskarżającym spojrzeniem. Ten koń nie może ułożyć swej głowy do ostatniego spoczynku; on jest sprzężony z drugim koniem, tylko jego głowa pod własnym ciężarem zwisa jeszcze bardziej. Jutro zostanie zagrzebany, ale nie otrzyma napisu: „Ten koń też służył ojczyźnie do ostatniego oddechu”.

Samego miasta nie ujrzeliśmy wiele; południowym skrajem dotarliśmy do drogi głównej [w kierunku Radymna]. Tutejsze budynki są bardziej bądź mniej uszkodzone; z okien opustoszałych domów wyglądają z zaciekawieniem konie; w całej tej tragedii wygląda to zabawnie.

Feldpost - odpoczynek taborów pod Jaroslawiem, kolekcja Stanisława Barana.jpg
Feldpost – odpoczynek taborów pod Jaroslawiem, kolekcja Stanisława Barana

Na drodze z Jarosławia do Radymna, która biegnie prosto jak po sznurku, włączyliśmy się jako człon do poruszającej się potwornej masy. Przede wszystkim niemieckie kolumny prowiantowe, amunicyjne, z osprzętem, telegraficzne w równomiernym szyku, solidnym, nienagannym porządku. Na miejscowych wozach, bez żadnej dyscypliny kolumny posiłkowe Austriaków wpychają się, gdzie tylko jest luka, by znowu wyprzedzać, jak tylko pojawi się w środku okazja. Koniki, ale jakie wytrzymałe!; wózki z wyglądu jak zabawki; woźnice, ciągle w kłótni z dowódcami kolumn – to są tutejsi chłopi w ich strojach regionalnych: żółtawo-brudne, czerwonym zdobione spodnie wełniane, do tego „biała” koszula i jeszcze na to bezrękawnik kamizelka oraz czarny kapelusz o dziwacznej formie.

Dwa, trzy worki owsa albo parę skrzynek z konserwami to cały ładunek; więcej ten zaprzęg nie uciągnie. Do tego na każdym wozie austriacki żołnierz. Powolnie gruchocze kolumna ciężkich [ciężarowych] wozów, w prawie precyzyjnych odstępach, za nią z wielkim hałasem jeszcze cięższe ciągniki słynnej austriackiej baterii moździerzy. Tumany kurzu chwilami są tak gęste, że zaciemniają końskie łby, zmieszane z oparami gorzelni i odoru z kałuż i okopów, w dusznej spiekocie zapierają dech. Kurz osiada w oczach, uszach i w nosie, twarze stają się popielato – blade, zgrzyta między zębami. Koń i jeździec nabierają szaro – ziemnego koloru. Z naprzeciwka znowu te chłopskie wozy z rannymi na ściółce ze słomy, tu i tam grupa niemieckich, lekko rannych żołnierzy, którzy pomału przedostają się przez tą niby zwariowaną, ale uparcie dążącą do celu masę.

Od czasu do czasu przeraźliwy klakson niecierpliwego samochodu; dowódcy sztabów generalnych wyprzedzają, oczy mają osłonięte, zupełnie pokryci szarością kurzu.Trzymają się mocno, aby nie wypaść na wybojach. Wielu chłopów próbuje na ich własny sposób naprawiać drogę, jak mi to wygląda, to nadaremna praca.

Od kilku godzin jedziemy wolnym krokiem wciśnięci między kolumny, które chwilami przystają, posuwając się w kierunku frontu. Po lewej, na rozległej równinie cały szereg hangarów [szopy lotnicze], dalej dymiące kominy piekarni polowych, niedaleko stąd urząd prowiantowy, zapasy prowiantu tworzą góry, na które wdrapują się żołnierze.

Po kilku następnych godzinach dotarliśmy wreszcie do Radymna, którego kościół był już wcześniej z daleka widoczny. Ten kościół i budynek plebanii ucierpiały niewiele, widoczne są ślady pocisków z karabinów i szrapneli, i zaraz zakręt w prawo do rynku, tu przed oczami otwiera się przerażający obraz zniszczenia. Niedawno w okolicy miasta, jako ważnego punktu strategicznego, przeszły zacięte walki o linię na Sanie. W krótkim spojrzeniu widać dwa rzędy lepiej zachowanych domów przy drodze głównej, która wchodzi do rynku.

Tu stoi potworna, pychą nadęta, pod przysłoną – austriacka bateria motorowa w rezerwie. Wygląda to tak, jak gdyby kolosy te odpoczywały w zdobytym mieście, a kiedyś swym głosem [wystrzału] siały paniczny strach. Ślady ich pracy wyraźnie tu widać: w jednym domu cały róg jest znacznie skrócony i zaokrąglony, dalej otwór metrowej wielkości, a cerkiew o trzech kopułach ucierpiała wyjątkowo boleśnie. Mniejsza kopuła ucięta gładko w połowie, większa tak wygląda, że wystarczy tylko mały podmuch wiatru i rozwali ją, jak domek z kart. Tu nie ma nieuszkodzonego domu. Domy murowane, teraz puste, przetrwały pożar lepiej niż drewniane, których większości w ogóle już nie ma. Tu i tam sterczą tylko kominy, resztki po drewnianych domach smutnie patrzą w bezchmurne niebo. Popiół już dawno rozwiany, tylko piece piekarskie przy kominach mówią, że należały wcześniej do domu. Niektórzy właściciele założyli blaszane zadaszenia, aby przykryć te nędzne resztki na ziemi.

Jedyny mostek przez rzeczkę Rada, a właściwie potok głęboko leżący, który dzieli miasto, został też zniszczony. Most pomocniczy utrzymuje ruch na tak ważnej drodze. Tuż za miastem rozgałęzia się droga, w lewo na wschód do Rawy Ruskiej, na południe, do odległego o 3 godziny drogi Przemyśla. Dziś już dalej nie jedziemy ani w prawo, ani w lewo. Na łące piechota ustawiła namioty biwakowe w nienagannych rzędach. Jedziemy do budynków stajennych koszar kawalerii, gdzie urządzamy się na „miejscowym biwaku”.

Według niemieckiej zasady, konia odstawia się pod dach bądź przywiązuje do drzewa, po czym się go karmi i poi. Teraz dopiero rozglądam się za jedzeniem i legowiskiem dla siebie. Zajęliśmy stajnie, gdzie były żłoby i koński gnój, żadnej słomy, okna zastępowały dziury w dachu, dachówki leżały na podwórku. Te, które zostały na dachu, wyglądały jak artystycznie ułożone sito. Brak powały nie zatrzymywał światła ani deszczu. Nie było zapowiedzi alarmu ni wymarszu. Rozsiodłaliśmy [konie], a rzeczy złożyliśmy tak, by w ciemnej nocy po omacku szybko je spakować.

Spojrzałem do żłobu przed wsypaniem owsa; tam brud, leży też garść rosyjskich łusek, te widzę po raz pierwszy. W żłobie obok porcja grubego grochu; czuć octem, to chyba nie dla koni, myślę, że Kozacy przygotowali sobie żarcie, które musieli pozostawić w ucieczce.

Koń nakarmiony, teraz idę do studni po wodę; kiedy już wreszcie przyszła moja kolejka nabieram [wodę] do torby obroku; żółtawa, śmierdząca woda cieknie ledwo z rury, a nakręciłem się tyle kołem. Kiedy jeździec zadbał o konia, wtedy może pomyśleć o sobie. Gromadzimy się wokół kuchni polowej, która w tej chwili jest najważniejszą i najpiękniejszą na boskiej ziemi. Wkrótce otrzymaliśmy porcje prostej obiadokolacji do menażek: gulasz z konserwy i ryż. Później herbatę, którą gasiliśmy bardzo dokuczliwe pragnienie.

Wspaniały zachód słońca, świetliste farby zlały się w matową żółć – na wschodzie wznosiła się straszna, czerwona łuna pożogi wojennej. Owinięty w derkę, położyłem się beztrosko w trawie do snu.

Około 6 godz. obudziłem się z głębokiego snu. Wokół panował już ożywiony ruch. Po śniadaniu wyszorowałem konia, wyczyściłem uprząż. W czasie wojny zwraca się na to też uwagę, szczególnie w miastach, chociażby tylko ze względu na wrażenie. Nie lekceważymy tego. W taki spokojny dzień, spędzanie wolnego czasu jest prawdziwą radością. Jak tylko wykonałem porządek, rozglądam się po okolicy, jak tutaj wygląda! Nawał amunicji, łusek, drutu kolczastego, cegieł, żelastwa, odłamków granatów, końskich kości, ale ani kawałeczka drewna. Duże ilości pocisków tzw. wydmuchowych [łuski po szrapnelach]

Niektórzy żołnierze manipulowali przy takich rzeczach. Znalazłem też taką łuskę o wadze 10 funtów. Przy pomocy drutu sprawdziłem, czy usunięty jest zapalnik, czy rura jest wydmuchana, lekkomyślnie stukałem w czubek – wprawdzie mnie nie rozerwało, ale tych czterech pierścieni nie udało mi się zdjąć. Zostawiłem to, po co też się tym obarczać, może w długim jeszcze marszu, pomyślałem. Poza tym, jak później dowiedziałem się, zbieranie tych pierścieni jest surowo zabronione. Chyba nikt nie będzie taki złośliwy i nie powie o mnie wg morału z baśni o kwaśnych winogronach. [„łatwiej jest to zlekceważyć, czego nie da się osiągnąć”, Ezop, Lis i winogrona]

Leżę sobie na trawie obok stajni, patrzę w błękitną dal, obserwuję poczynania piechoty wśród namiotów, pasące się konie. Na łące nie ma nic do żarcia, tamtędy przeszło już tysiące koni. Łąka jest bardziej żółta od piasku i gliny niż zielona.

Nagle żołnierze biegną w kierunku ulicy, widzę olbrzymią kolumnę maszerującą do miasta. Rosjanie! To część wczorajszego sukcesu odniesionego przez korpus gwardii. Mamy ich około 4000, jak mówił jeden z 25 huzarów, którzy ich eskortowali. Po raz pierwszy sprawozdanie sztabu generalnego o tak dużej liczbie jeńców jednego dnia, z jednej bitwy, jak w bajce z innego świata podobało się, było wielkim przeżyciem. Na komendę, jeńcy zeszli z drogi, rozłożyli się na zakurzonym trawniku.

 Radymno 1915.jpg
Radymno 1915 r.

Umordowani i wycieńczeni, siedzieli i leżeli bezczynnie na rozległym planie; byli wśród nich lekko ranni prowizorycznie opatrzeni, trafiali się też ciężko ranni, którzy dowlekli się tutaj tylko z pomocą towarzyszy. Niestety, tutaj nie było możliwości ich świeżo opatrzyć, nakarmić; tu blisko za linią frontu troszczono się o własne wojsko. Do następnego lazaretu jest kilka godzin drogi, gdzie pełne kotły jedzenia Czerwonego Krzyża zaspokoją ich głód i rany zostaną opatrzone z taką samą miłością i troską, jak u swoich bohaterów.

Na zatłoczonej drodze panował gorączkowy ruch, gruba warstwa kurzu i gruzu tłumiła stuk kopyt i turkot żelaznych kół. Trwa przepychanie się w obydwie strony. Niemieckie grupy lekko rannych mają tę samą drogę co jeńcy do następnego lazaretu i dalej do stacji kolejowej. I znowu te nędzne furmanki z ciężko rannymi, na których przyjaciel, jak i wróg jest bezlitośnie wstrząsany [wyboiste drogi].

Nadeszła pora obiadu, po nakarmieniu koni, uzbrojeni w menażki, idziemy do kuchni polowej, która stała w mieście. [Radymno, rynek] Mieliśmy prawie pół godziny drogi. Ponieważ tam był też plac apelowy, po obiedzie zmieniliśmy stajnię i naszą „kwaterę”. Niektórzy zajęli opuszczone mieszkania, sklepy; też bardzo uszkodzona, nowa synagoga zamieniła się w stajnię i magazyn. Ja z moim towarzyszem zajęliśmy sklep w ratuszu, który prowizorycznie przysposobiliśmy na stajnię.

Na apelu ostrzeżono nas przed chorobami zakaźnymi, zabroniono używania wody ze względu na wysokie zagrożenie cholerą, tyfusem, ospą. Wkrótce udaliśmy się na kąpiel do Sanu, konie i jeźdźcy mieli wielką rozkosz pluskać się w chłodnej wodzie.”

Część II

Z rana i w obiad dostawaliśmy manierkę cienkiej [słabej], niesłodzonej kawy, wieczorem herbatę, która opróżniała się bardzo szybko. Duszny upał nie ustępował, pragnienie się wzmagało. Jedyna studnia z pompą w mieście dawała możliwie dobrą wodę. Jeden z towarzyszy przyniósł garnek chłodnego napoju, inny wódkę a ja dostarczyłem cukier. Napój smakował znakomicie. Po apelu zaszczepiliśmy się, i to już wielokrotnie od wybuchu wojny, przeciw cholerze, tyfusowi i ospie.

Wieczorem przybył batalion landwery [obrony krajowej] z orkiestrą. Generał, któremu podlegała ta jednostka batalionu, przyjechał samochodem na spotkanie. Wysiadł z auta – pyszny, typowa sylwetka niemieckiego przywódcy – głośno do kompanii „Guten Abend, Leute“ = „Dobry wieczór, ludzie”, odpowiedź na powitanie rozeszła się głośnym echem. Z miłą powagą pobudzał niektórych maruderów [żołnierz samowolnie odłączający się od oddziału], którzy dalekim marszem w piachu, w kurzu i upale byli wykończeni. „Solche Männer sind nötig“ = „Tacy mężczyźni są potrzebni“, dodał austriacki podoficer, mając na myśli tego generała. Jego uwagę strategiczną przyciągnęły moje papierosy. Chętnie się z nim [podoficerem] podzieliłem kilkoma, miałem ich około 100 sztuk z podarunków, jakie otrzymałem w paczkach. Teraz nie można było ich nigdzie kupić nawet za ciężkie pieniądze. Z przydziału należały się 2 papierosy i 3 cygara na dzień i często ich nie otrzymaliśmy. Jeśli z przydziału wypadł chleb, czy posiłek, lub cos innego, już nigdy nie było dostawy uzupełniającej.

Zachód słońca spędzaliśmy na pogawędce, siedząc na kamiennych schodkach ratusza [Radymno]. Nadciągająca ciemność mówiła nam, aby poszukać ‘’kwatery”, w stajni nie było miejsca. Po krótkim obejrzeniu pomieszczeń w ratuszu wybraliśmy salę tylną, gdzie było spokojnie od gwaru i kurzu dochodzącego z rynku. Oprócz kilku skrzyń i przewróconej ciężkiej szafy w całym budynku nie było więcej żadnych sprzętów. W sali ratuszowej wisiały jeszcze dwa piękne, ale zdemolowane zegary ścienne. Kilka stolików nocnych przewróciliśmy, aby je wykorzystać jako stoły i krzesła do napisania wiadomości od nas do naszych kochanych w ojczyźnie. Już od wczesnym poranku obudziła nas ostra strzelanina. Wybiegliśmy na zewnątrz, rosyjski lotnik leciał nisko w kierunku Jarosławia. Spokojnie i pewnie płynął w niebieskim morzu powietrza, dobrze oświetlonym wschodzącym słońcem. Cóż miały go obchodzić na dole maleńkie postacie wymachujące i celujące do niego. To właśnie w niego zostały skierowanie wszystkie wystrzały i to „ta-taratata” z karabinów maszynowych.

Ostro i krótko biły działa małego kalibru obrony przeciwlotniczej, pociski z gwizdem szły w kierunku śmiałego lotnika. Mimo jaskrawego słońca wyraźnie widać rozbłyski eksplozji pocisków w pobliżu samolotu. Strzał za strzałem i całe salwy ścigają lotnika, a on spokojnie płynie sobie dalej. Kilometrowym łańcuchem, niby różaniec, świeciły białe obłoczki po wybuchu szrapneli na spokojnym niebie, odznaczając tor lotu znikającego samolotu. W kilka godzin później doszła nas wiadomość z Jarosławia, że ten ostrzeliwany samolot bombardował tam dworzec, przynosząc straty materialne i ofiary śmiertelne w ludziach.

Wyczyściliśmy nasze konie, ale efekt był znikomy, ponieważ kurzyło się ogromnie przy dużym ruchu wojsk. Od czasu do czasu przechodził oddział Rosjan. Dobrze wyglądały, prawie wytwornie, nowe wozy niemieckiej kolumny sanitarnej, dzięki temu niektórym rannym oszczędzono transport na noszach kołowych. W południe udałem się do budynku sztabu dywizji, gdzie otrzymałem meldunek dla oddziału wojsk [Armierungstruppe], z którym pędziłem konno obok biwakującej artylerii.

W godzinach wolnych od służby, po południu udałem się na spacer po zaułkach miasteczka [Radymno]. Wyszedłem też dalej na pola. Rzadko spotyka się tu ruiny, przeważnie sterczą nieuszkodzone kominy wśród zwęglonych resztek drewna, walają się elementy żelazne i duże gwoździe. Tu jakiś garnek na prostym piecu z cegieł, tam części maszyny do szycia. Jedna z uliczek w części zachodniej jest zupełnie dobrze zachowana. W niektórych budynkach Austriacy urządzili szpital polowy, w innym budynku urządzono magazyn zdobyczy. W jednej z izb duża ilość rosyjskich karabinów, w następnej metrowe usypisko amunicji polowej, obok kartusze i łuski z granatów różnego kalibru, z których największe mogą służyć jako wiadra, sprzęt kuchenny o różnych kształtach, pasy do naboi karabinów maszynowych, torby do naboi, bagnety itp. Między tymi znajdują się też elementy niemieckiego wyposażenia: bagnety, tornistry, hełmy, które ich właściciele zagubili czy też polegli. Pola są mało uprawione, zdeptane, z małymi i dużymi lejami po granatach, w których tworzą się kałuże ku uciesze żab, poprzecinane rowami i nasypami zaporowymi.

Radymno 1915.jpg
Radymno 1915 r.

Wróciłem do rynku, widzę jeszcze część kolumny uchodźców. Chaos nie do opisania, ludzie z ich dobytkiem załadowanym na wozy, krowy, kozy, owce, konie. Wszystko w miniaturze. Nie tylko ludzie, szczególnie kobiety o dużych głowach i surowych twarzach, są bardzo małe, ale też zwierzęta użytkowe są nieco mniejsze. A te koniki! Zabawne, o lekkim chodzie, nie większe niż dorosły jeleń. Naturalnie, nie brak też wolno biegających łosząt, które z zaciekawieniem wszędzie włażą, ale nigdy nie wpadają pod jadące wozy i się nie gubią. Mężczyźni są już starsi wiekiem. Jeżeli mogą jeszcze iści o własnych siłach, wolno suną się na końcu kolumny, aby nie obciążać kopiasto przeładowanych wozów, ci co iść nie mogą, siedzą z małymi dziećmi między rupieciem i sprzętem.

Przeważnie kobiety prowadzą zaprzęgi, boso o szerokich stopach kroczą obok furmanek. Dziwnie to wygląda, że kobiety są ubrane w baranie kożuchy z kołnierzami. Przy tym upale! Zabawnie poubierane są dzieci; widziałem jednego chłopca miał tylko koszulkę na sobie. Wielka jest bieda i nędza tych bezdomnych ludzi, którzy doznali okropności wojny, inwazję Rosjan ze wszystkimi pogromami dzikich Kozaków, musieli to wszystko znieść na sobie. Widok ten wzbudza serdeczne współczucie i chęć niesienia pomocy.

Podoficer baterii moździerzy, z którym wczoraj nawiązałem znajomość, zobaczył mnie stojącego i podszedł do mnie. Wiem, jemu brakuje papierosów, a pali jak każdy Austriak i bardzo chętnie, zanim cokolwiek powiedział podarowałem mu kilka sztuk. Po zapaleniu wyraziłem, jak szkoda mi tej biedoty. On zmarszczył twarz: „za dwa halerze? zdradzili nas” – odpowiedział, nie zwracając uwagi na kolumnę uchodźców. To znacznie oziębiło moje współczucie, mój osąd był jednak łagodniejszy, ci ludzie w ich odległej od świata izolacji nie rozumieli pojęcia co to ojczyzna austriacka, nie wiedzieli nic o tym państwie chyba tylko tyle, co w postaci poborcy podatków czy listonosza, a zapewne tylko lęk przed ciosami pejczy czy przystawionej do piersi lancy kozackiej zmusił ich do zdrady.

Po nakarmieniu koni i po kolacji poszedłem nad rzeczkę Rada, która przepływa przez miasteczko. Wszędzie tłumy żołnierzy kąpiących się w płytkiej wodzie, niektórzy brodzili konno, ze wszech stron powadzono konie do wodopoju. Nieco opodal staw, nad błotnistym jego brzegiem stoją biedne chałupy. Między stawem a drogą kamienna studnia, w której żuraw wystaje ponad drzewa, co mówi o jej głębokości, tworzy to malowniczy obraz. W jej głębi widać czarno błyszczący punkt, który jest odbiciem zachodzącego słońca. Staw trwa w bezruchu, w jego zwierciadle odbija się kolorowy, zakurzony obraz kryjącego się słońca. Ten długotrwały zachód słońca w jaskrawej żółci jest osobliwością tego wschodniego regionu. Czarujący widok najgłębszego spokoju, jaki często malarze przedstawiają na swoich obrazach z tych okolic. Pośrodku dwóch łun pożaru z lewej ostry bój o miasto, z prawej wysadzony duży most, to miejsce pozostało nienaruszone. Droga prowadzi mnie dalej, do mostu kolejowego, którego podwójne tory kierują się do Przemyśla. Dla Rosjan most ten miał ogromne znaczenie, wycofując się, zniszczyli go za sobą. Masywna kratownica leżała wygięta w wodzie, opierając się końcami na obu brzegach. Wszystkie te cieki wodne Galicji Wschodniej leżą w głębokich korytach, dlatego ich przekroczenie suchą drogą wymaga potężnych mostów, kiedy samą powierzchnię wody można przekroczyć w bród. Filary środkowe nie mają miejsca w rzece, dlatego wymagane są samonośne kratownice – a więc mosty samonośne, których konstrukcja jest trudna i czasochłonna do wykonania.

Ale i tutaj sztuka budowy kolei i bojowości niemieckich kolejarzy nie zawiodła. Z bali drewnianych stał gotowy środkowy filar od niego na prawo i lewo budowano przęsła. Zapadał zmrok. Wielkie lampy acetylenowe na wysokim maszcie oświetlały miejsce budowy. Na komendę zmieniały się szychty robocze, niemieccy i austriaccy pionierzy razem z Rosjanami [jeńcy] w milczeniu targali materiał budowlany dostarczany koleją od strony Jarosławia, dalej w dół mostkiem pomocniczym i z drugiej strony po skarpie do góry. Na górze łączono belkę z belką. Kiedy z kolegami udaliśmy się na naszą kwaterę, która była już zajęta przez węgierskich żołnierzy budujących tutaj szańce. Nie rozglądając się dłużej udaliśmy się do szkoły, gdzie owinięci w końskie derki ułożyliśmy się do snu. Zrobiło się nam ciepło, coś swędziało i gryzło po rękach, łaziło i szczypało po całym ciele. A więc pchły i to nie mało! Nie mogąc zasnąć, zrezygnowałem, wybiegłem na zewnątrz. Na polu wytrzepałem koc i położyłem się na skrawku zieleni, po chwili zasnąłem. Rano musiałem napoić konia, pompa przy studni była gęsto oblężona, gdyż poprzednia studnia nie wydała ani kropli wody więcej. Nie ma co się dziwić, od rana do zmroku czerpano, a kuchnie polowe już o świcie napełniały swoje duże kotły. To też udałem się do dużej studni za ratuszem, gdzie z trudem na długim łańcuchu wyciągnąłem nieco żółtawej wody. Znowu nadleciał samolot, ostrzeliwano go gęsto jak dnia poprzedniego. Nasze samoloty zerwały się, jak spłoszone ptaki wzbiły się w powietrze, jednak nie ostrzeliwały wroga, aby się nie narażać i po chwili wylądowały z powrotem. Jak wieczorem doniesiono nam, samolot ten pod Jarosławiem zakończył swój los. Po śniadaniu udaliśmy się nad San, aby się odświeżyć, od samego rana grzało słońce, było przyjemnie brodzić w wodzie nie głębszej, jak na wysokość mężczyzny. Reszta czasu do południa zleciała przy czyszczeniu uprzęży i broni.

O głodnych żołądkach wróciliśmy do kuchni polowej, która cierpiała na brak czystej wody i opału. Brak drewna dał się odczuć już Rosjanom, co było widoczne po brakujących oknach i drzwiach w budynkach. Woźnica, jako kucharz pomocniczy był odpowiedzialny za dostawę, ku naszej uciesze przytargał skrzynię z odległej chaty, która pod ciosami siekiery zamieniła się w kupkę drewna. Po południu miałem wartę. Z pobliskiego kościoła dochodził melodyjny, rytmiczny śpiew, któremu się przysłuchiwałem. Ten, trwający około jednej godziny śpiew, stał się monotonny, nudny, powtarzał się w kółko w jednym kwintecie o zmiennej tonacji. Miał w sobie coś wzruszającego – bezsilne błaganie. Później widziałem kolorowe jedwabne sukienki, do których bose nogi wcale nie pasowały. Kobiety i dzieci czekały na duchownego, którego zaraz po wyjściu otoczyły chyba po to, aby całować jego szaty. Ale dziwne, że plecione z ziół wianki, które przyniosły ze sobą do kościoła zabrały z powrotem do domu. Jako goniec [meldunkowy] – do pułku x., wsiadłem na konia i objechałem pół miejscowości. Na kopercie jest tylko jeden krzyżyk [oznaczenie pilności], a więc bez pośpiechu spokojnym krokiem, rozpytując się o kwaterę pułku, penetruję rozległą okolicę. „Zawiadowco! – słyszę za plecami – w tamtą stronę jutro wyruszamy!”. Tak, to rzeczywiście miało nastąpić, dywizja była już zebrana. Zburzony most kolejowy jest już na nowo odbudowany. W poprzek, przez pola i łąki jadę do kwatery, aby przekazać ważny meldunek. Od strony frontu dochodzą już grzmoty ciężkich dział. Na niebie gromadzą się czarne chmury, przyciągają nad nami bez oczekiwanego deszczu. Podczas wieczornego apelu padł rozkaz gotowości bojowej na jutro o godzinie czwartej rano. Pakujemy siodła, siedząc na szerokich schodkach od zachodniej strony ratusza, rozmawiamy do zachodu słońca. Od strony biwaku baterii moździerzy dochodzą dźwięki muzyki i śpiewu. Zapada zmrok, układamy się do krótkiego snu na glinianej polepie w sąsiednim sklepie bez drzwi [przy ratuszu].

Było już jasno, kiedy około godziny drugiej zerwaliśmy się – działa grzmiały nieustannie, jeszcze mocniej niż wczoraj. Wszyscy sposobią się do wyjścia na plac zbiórki, już od dłuższego czasu turkoczą wozy, tętnią kopyta, maszerują niekończące się szeregi piechoty w dwóch rzędach. Jest godzina czwarta – „wymarsz”. Wstawiono nas za artylerią i już jesteśmy w środku wędrującego tumanu kurzu. Wolno, poruszamy się główną drogą, która prowadzi w kierunku wschodnim prosto do Lwowa. Na wylocie miasta zbliżamy się do dobrze znanej rzeki San. Zatłoczenie, wąski, kołyszący się most zastępczy pozwala na ruch tylko w jednym rzędzie. Po lewej widać sterczące resztki słupów dawnego mostu drogowego. Tu zniszczenie było tak gruntowne, że te resztki nie nadawały się na most zastępczy, obok stawiano zupełnie nowy. Dywizja poruszała się po lewym i prawym boku drogi płaskim terenem w kierunku Wiszni – to była druga linia oporu Rosjan po linii na Sanie. Te pozycje rezerwowe były punktem wyjścia naszej dywizji do dalszych walk pod dowództwem marszałka Mackensena. Przodem idące sztaby kierowały się na Duńkowice, gdzie lokowały się w małym lesie na odpoczynek.

Kawę rozdano do menażek, w każdej minucie mógł przyjść rozkaz do wymarszu. W tym dniu jednak to nie nastąpiło. O godzinie dziewiątej wreszcie zamilkły działa. Na drodze ożywiony ruch wozów i koni. Pod krzyżem przydrożnym klęczy staruszek w brudno-białej szacie pogrążony w modlitwie. Jego niezakłócony spokój twarzy kontrastował z wojennym otoczeniem. O co modlił się ten staruszek, który zapewne rozliczył się ze swojego życia? Czyżby o nasze zwycięstwo? W małym, nieuszkodzonym drewnianym kościółku krytym blachą odprawiano nabożeństwo dla małej grupy kobiet i dzieci; znowu te lamenty śpiewane godzinami. Tutejsze budynki są mniej lub bardziej uszkodzone. Obiad spożyto i skarmiono żelazne racje. Popołudnie zeszło na oczekiwaniu, wieczorem rozkazano rozbicie biwaku. Okazało się, że dywizja tego dnia nie będzie już potrzebna do akcji.        W czasie, kiedy wojsko rozbija namioty, galopujemy z powrotem do Radymna. W razie rozkazu do dalszego wymarszu zdążymy dopędzić do naszego oddziału. W Radymnie wydano rozkaz – jutro rano o czwartej zbiórka.

Nasze wcześniejsze kwatery zostały zajęte, z moim towarzyszem wprowadziliśmy się do ratusza. Niebawem zostaliśmy wyproszeni przez austriackiego oficera, chyba miejscowy komendant. Po chwili znaleźliśmy inną ‘’stajnię” w nowej, pięknej synagodze, która nie była uszkodzona przez ogień ani pociski, ale przez umyślne dewastacje wnętrza. Religijny fanatyzm ortodoksyjnych Rosjan zapewne rozładował się tu na znienawidzonym żydostwie. Tutaj stało już więcej koni w nawie modlitewnej, echo rozchodzi się od stuku kopyt i nawoływań. Ale tutaj nie ma do czego przywiązać koni, należy poszukać i wbić haki. W okolicznych domach znalazłem w końcu dwa haki, które wbiłem do ściany, aby uwiązać konie i zawiesić siodło. Później zdobyć owies, przynieść wodę, nakarmić konie. Żelazna racja została uzupełniona. Jest też coś do jedzenia. Nastała noc. Kładziemy się obok naszych koni na zakurzonej ziemi, która przed rosyjską inwazją na pewno była wyłożona płytkami. Ziąb – noce były już zimne, ciągło bardzo przez powybijane okna i otwory drzwiowe – kto pierwszy obudził się o świcie nowego poranku, budził też resztę.

O czwartej rano byliśmy znów gotowi do dalszej pracy. W drogę! Po godzinie byliśmy znowu w Duńkowicach [w tekście Buckowice], gdzie znowu rozsiodłano konie. Niebo było jeszcze zachmurzone, później słońce podarowało przytulne ciepło. Gotowaliśmy kawę, ale nie było chleba. Od Austriaków dostaliśmy bochenek kukurydzianego, niesmacznego, a wczoraj jeszcze mieliśmy go pod dostatkiem, czego Austriacy nam bardzo zazdrościli. Tak upłynęły przedpołudniowe godziny. Gońce poczty polowej dostarczyli nam nową pocztę z ojczyzny oraz gazety, w których informowano o przebiegu walk frontowych na Wschodzie i Zachodzie. Pomyślałem, teraz mogę się ogolić. Nasz golibroda akurat mnie namydlił. „Na koń!”, ach do diabła! Otarłem się chusteczką, hełm na głowę i na konia, szybko w drogę.


[1]Unsere Bayern im Felde. Erzählungen aus dem Weltkriege 1914 / 15. Berichte von bayerischen Feldzugsteilnehmern. 2 Bände.München., Verlag ” Glaube und Kunst ” Parcus & Co., 1915.Band II, S. 801-1600, mit sehr zahlreichen Illustrationen und Buchschmuck.

Nasi Bawarczycy na polu walki. Opowiadania z czasów wojny 1914-18. Sprawozdania bawarskich uczestników z walk frontowych, tom II, str. 801-1600 Wydawnictwo : Glaube Und Kuncst, Parcus & Co- Munchen, 1915. Tom II.,  tłumaczenie ze stron: 978 – 1042; relacje: Chevauleger [Szwoleżer]Holand,  na odcinku przemarszu: Jarosław -Radymno – Duńkowice – Zaleska Wola – Bobrówka – Oleszyce – Horyniec – Lubaczów.  11. bawarska dywizja piechoty, pod dowodztwem gen. von Mackensen walczyła w Galicji. W relacjach z książki nie jest podana jednostka (ustaliłem, że była to: 8. bawarska dywizja rezerwy), nie ma też dat.


Dokończenie: Rok 1915 część 3 i 4

 

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i udostępnianie publiczne bez pisemnej zgody autora tekstu, wydawcy Gazety Horynieckiej (SPZH) oraz autora niniejszej strony internetowej jest działaniem nielegalnym.